RSS
 

Prawdopodobnie ostatni wpis…

04 sty

Kochani,
(Uwaga; mowa pogrzebowa.)
Spotkaliśmy się tutaj dnia 19 czerwca 2015 roku, kiedy to nieogarnięta Rejczel stawiała swoje pierwsze słowa na papierze.
Przeżyłam z Wami cudowne chwilę, daliście mi skrawki siebie, z których poskładałam się do kupy i pisałam. Dawaliście mi ciągłą nadzieje i wsparcie. A co najważniejsze, poświęcaliście mi swoją uwagę, poświęcaliście tak drogocenny czas.
Kochałam to co tu robiłam, mimo moich ciągłych narzekań na niedoskonałe wpisy. Kochałam i kocham, a teraz chcę związać z tym swoją przyszłość.
Boziuniu, nie umiem pisać mów pogrzebowych.
Chciałam powiedzieć, że nie wiem co powiedzieć w takiej sytuacji.
Nie chciałam zostawiać mego małego nieszczęścia, gdzie wpisy nie trzymały się kupy, ale przynajmniej trenowałam styl.
No dobra, chciałam.
Ale tylko po to, żeby pokazać Wam to, czego się nauczyłam. To, co osiągnęłam dzięki Waszemu wsparciu.
I pokażę.
Ale najpierw skończę to, co zaczęłam. Kit z niedociągnięciami, kit z notkami, które łączyli tylko wspólni bohaterowie.
Skończę, bo bez tego nie mogę zacząć MOJEJ HISTORII.

Kiedy myślałam o zakończeniu tego bloga, wyobrażałam sobie, że będzie to coś niesamowicie niesamowitego.
A wyszło na to, że piszę w pośpiechu notkę, bo jest tu coraz gorzej.

Wy wiecie, co chcę powiedzieć.
Wiecie jakie uczucia mną targają.

Ale ja wrócę.
Nie pozbędziecie się mnie tak szybko.
Już niedługo, o tutaj:

https://teentitans-rachel.blogspot.com

Dziękuję Wam za wszystko.
Za każdy komentarz czy wyświetlenie.

Dziękuję za to, że nie byłam tu sama.
Do zobaczenia.
~ Wasza Rachel 

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ...

 

Rozdział 28.

01 sty

   Przewróciłam się na plecy, starając się znieść nieprzyjemne uczucie odrętwienia. Potarłam ręką lewy nadgarstek, westchnęłam ciężko i zacisnęłam powieki. Wzięłam kilka głębokich wdechów, przecierając przy tym twarz dłońmi. Czułam jego ciepło, słyszałam spokojny oddech, spojrzałam w lewo, na śpiącego u mego boku Garfielda. Z kącika uchylonych ust zielonego chłopca ściekała stróżka przezroczystej śliny. Przyglądałam się mu przez dłuższą chwile, zastanawiając się przy tym czy może istnieć widok bardziej niewinny niż śliniący się podczas snu, zraniony wewnętrznie chłopiec po wielu mutacjach. Na powrót ułożyłam się tuż przy jego sercu, wtulając się całym ciałem w miarowo poruszającą się pierś Zielonka. Jest w nim coś takiego, co nie pozwala mi normalnie funkcjonować. To COŚ odbiera mi zdolność myślenia, wypowiadania się, a momentami pozbawia mnie nawet tchu.

   Garfield.
To imię działa na mnie jak narkotyk.

   A może to tylko fikcja. Może cały czas przeżywam jego odczucia. Czy w takim wypadku robię mu krzywdę?
Przerażona zamknęłam oczy, wsłuchując się w kojący rytm jego ogromnego serca. Tylko kilka razy dane mi było nacieszyć się tą melodią. Jeszcze nic nigdy nie uspokoiło mnie tak szybko jak bicie serca tego chłopca. Nic nigdy nie pochwyciło męczących mnie myśli i nie zlikwidowało ich zastępując sobą.

   Piękna melodia, cudowna muzyka.
Cudownie uzdrawiające uderzenia serca.

   Moją medytacje przerwały głośne stuknięcia o podłogę, napięłam wszystkie mięśnie jak gdybym chciała zatrzymać pobudkę z pięknego snu. I tak właśnie można opisać moją relację z Garfieldem. Piękny, nierealistyczny sen, z którego nie chcesz się obudzić. Pragniesz tylko zatracać się w nim coraz bardziej i bardziej.

   Kroki nie ustawały, jeden po drugim. Coraz głośniej, a więc coraz bliżej nas.
Ktoś otwiera szklane drzwi. Modlę się, że to tylko wymysł mojej wyobraźni, mój lęk przed przyłapaniem nas razem, który właśnie się ziszcza.

   Chrząknięcie.
Mocne, gardłowe, męskie chrząknięcie.

   Nerwowo otwieram oczy i spoglądam w górę, na Garfielda. Wydawać by się mogło, że mruknął coś pod nosem, jednak sparaliżowana przez stres nie mogłam rozpoznać dźwięku. Być może starał się mnie uspokoić, zatrzymać, chociaż jego mięśnie są rozluźnione. Naraz zerwałam się z łóżka jak poparzona i nie przyglądając się sylwetce obok, uciekłam ze skrzydła szpitalnego.

***

   Leniwo przetarłem oczy rozglądając się po pomieszczeniu w poszukiwaniu dziewczyny, która gorączkowo opuściła łóżko. Wytarłem mokry policzek rękawem koszulki, spoglądając badawczo na Vic’a. Szykował mi ranną dawkę leków, na które nie zamierzałem się godzić. Spojrzał na mnie, przy czy wymownie uniósł brew ku górze.

   - Wystraszyłeś ją. – rzuciłem z wyrzutem karcąc go wzrokiem.

   - Gościu! – zaśmiał się – Sam wystraszyłbyś ją, jak tylko poczułaby potwora budzącego się między twoimi nogami.

   Przewróciłem oczami. Victor zaniósł się śmiechem niemal zrzucając ze stolika wszystkie medykamenty. Sięgnąłem za głowę po poduszkę, po czym rzuciłem nią w pół-robota.

***

   - Już nie śpisz?

   Spojrzał na mnie znad ciemniej grzywki. Na jego twarzy zatańczył przez chwilę smutny uśmiech. Przesunęłam się na skraj łóżka, szukając po omacku ubrań.

   - Mam wiele do roboty, Star… – westchnął.

   Odparłam skinieniem głowy, odgarnęłam włosy do tyłu i założyłam bluzkę Richarda. Podeszłam do niego, otulając go od tyłu ramionami. Wdychałam przez chwilę zapach jego włosów, dopóki nie podniósł głowy do góry, rozsiadając się wygodniej w fotelu na kółkach. Nie mogłam oprzeć się pokusie, odbiłam się od podłogi, unosząc się delikatnie w powietrzu i pochylając się nad chłopakiem pocałowałam go mocno w usta.

   - Sprawdziłem się? – zapytał z pewnym siebie uśmiechem.

   Stanęłam na nogach, podeszłam do niego i usiadłam mu na kolanach. Oparł dłoń o moje nagie udo sunąc coraz wyżej. Drugą rękę wplótł w gąszcz moich włosów. Przez moje ciało przebiegły ciarki podniecenia.

   - Jeśli pytasz o to, czy wynagrodziłeś mi naszą rocznice… – uśmiechnęłam się na wspomnienie minionej nocy – …powiedzmy, że ci się udało.

   - Jasne, że tak. – zerknął mi pod koszulkę – A teraz wracaj do łóżka i pozwól mi nacieszyć się jeszcze przez chwilę tym nieziemsko pięknym widokiem.

   - Chcesz powiedzieć, że w całym tym wirze pracy, do którego znowu wpadłeś, znalazłeś czas żeby sobie popatrzeć na mnie?

   - Jak mógłbym nie skorzystać z takiej okazji? Nie zawsze znajduję cię nagusieńką w moim łóżku.

   - Richard, ty świntuchu! – zaśmiałam się całując go w policzek.

   - Skąd znasz takie słowa? – zapytał zdziwiony, aż nieznacznie odsunął się ode mnie.

   - Za dużo ziemskiej telewizji. – odparłam i odgarnęłam mu włosy z czoła, przyglądając się uważniej rysom jego twarzy – Skoczę pod prysznic i zrobię nam śniadanie. I kawę. Mocną kawę, tak jak lubisz.

***

   Puściłam Garfielda i czar prysł.
Znowu zamknęłam się w ciemnym pomieszczeniu, pozwalając niekończącym się myślom na zawładnięcie mym umysłem i stopniowe pożeranie go.

   Miałam złe przeczucia. Koszmary nawiedzały mnie dniami i nocami od kilku dni. Wyjątkiem była ta noc, kiedy tulący mnie Garfield nie pozwalał im na wdarcie się do mojej głowy.

   A teraz znów zaatakowały. Złe myśli, obawy, lęki, wspomnienia. Wszystko łączyła jedna osoba, z którą muszę się jak najszybciej zobaczyć.

   Wyjęłam ze skrzyni księgę, przewertowałam ją i otworzyłam na potrzebnej stronie. Wyjęłam zioła, ziemię i wodę. Ustawiłam świece w krąg, następnie zapalając je machnięciem dłoni. Usiadłam na środku kręgu, starając się skupić na otworzeniu portalu.

   - Azarath, Metrion, Zinthos…

***

Znowu wracam po długiej przerwie, co widać po wpisie.

Miałam dużo do powiedzenia, ale wszystko uchodzi najważniejszej sprawie.
Otóż Rejczel klika sobie w Sylwestra na bloga, żeby napisać jakiś piękny rozdzialik (bo ogólnie rzecz ujmując, Rejczel to przegryw i się z domu nie rusza), a tu się okazuję, że platforma blog.pl zostaje zamknięta z dniem 31.01.18r. No więc…
Jest mi cholernie żal całej pracy, którą włożyłam w tego bloga, wszystkich Waszych komentarzy, Waszego wsparcia. Wspomnień. Najpiękniejszych wspomnień z życia, które są tu obecne.
Jestem bezradna. Podobno jakoś idzie to uratować, ale mój przestarzały komputer pewnie nie będzie w stanie przetrawić tego wszystkiego.
Postaram się coś z tym zrobić, uratować to co idzie i… I nie wiem co dalej.
Założyć nowego bloga. Już nad tym myślałam (w Sylwestra nie byłam w stanie nic nabazgrać przez tą nowinę, a więc myślałam) i wydaje mi się, że rzucę się na blogspota. Chociaż wygląda na cholernie trudny do ogarnięcia.
Niezależnie od tego co zrobię, na pewno pojawi się tu wpis informujący Was o… o wszystkim. Nie wiem kiedy, ale jeśli ktoś będzie chciał kontynuować moją przygodę z Tytanami, poinformuje go osobiście w komentarzu o nowym adresie bloga.

To chyba tyle.

Życzę Wam spóźnionych Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!

Pozdrawiam Was gorąco.

~Rachel

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii FanFiction

 

Rozdział 27.

23 lip

   Titans Tower – takie piękne miejsce. Wyspa na uboczu, usłana wyszlifowanymi kamieniami, w tym zaciszu wznosi się szklany dom piątki przyjaciół. To właśnie tu czas jakby stanął w miejscu. To tutaj zostali zaatakowani, tu dokonała się kolejna zdrada. Kolejny bolesny cios, a po nim niegojące się rany.

   Przybył, kiedy było już po wszystkim. Przeciwnik, kierowany nakazami swego pana, dawno się wycofał. Pozostawili po sobie tylko wszechobecny bałagan oraz bitwy toczone w głowach Tytanów. Rzucił kaskiem w bok, spoglądając po zmęczonych, poranionych członkach drużyny. Narastał w nim coraz silniejszy gniew kierowany ku swojej osobie, za to, że nie był z rodziną, kiedy ta go potrzebowała oraz złość na Barbarę. Skinął głową w stronę opierającej się o ścianę Jinx, na znak wdzięczności za okazałą pomoc, bo jak się domyślał tak właśnie zrobiła. Pomogła, chociaż on jej nie chciał, mimo jego ostrych słów i wrogiego nastawienia. Spojrzał w oko Cyborga, w którym odmalował się pewien rodzaj nieokreślonego żalu. Victor rzucił w kąt bliżej nieznany przedmiot, odprowadzając przywódcę wzrokiem. Richard rozejrzał się wokół, nigdzie nie dostrzegł Raven i Bestii, to źle wróżyło. Podszedł do kosmitki, która w tej chwili odgarniała pozostałości po niegdyś stojącej tu ścianie. Zdawała się w ogóle nie zauważać swojego partnera, a przynajmniej starała się – chciała skoncentrować się na pracy i odrzucić przytłaczające ją uczucia. Otworzył usta, a kiedy uświadomił sobie, że nie bardzo wie co powiedzieć, zamknął je.

   - Nie musisz nic mówić, Robinie. Poradziliśmy sobie. – przełknęła narastającą gulę w gardle. Nie potrafiła zrozumieć, jak ktoś kogo nie widział tyle lat mógł sprawić, że porzucił drużynę w tej chwili. Jak mógł zostawić ją w ich rocznicę? A najgorsze w tym wszystkim jest to, że Barbara to wszystko ukartowała. Zacisnęła pięści, miała ochotę wbić płonącą dłoń w klatkę piersiową byłej dziewczyny Richarda. Odrzuciła jednak tę okropną myśl, rozluźniła napięte mięśnie. – Jinx nam pomogła. – spojrzała na różowowłosą, która w rzeczywistości nie zjawiłaby się, gdyby nie czysty przypadek. Jinx zaczerwieniła się delikatnie, wszyscy ją wychwalają, a ona po prostu przyjechała po Vicotra, miała dość czekania jak na księcia z bajki. – Nasz przyjaciel Bestia został ranny. – zakomunikowała zmartwiona – Wybacz, Robinie, ale mamy sporo roboty. Myślę, że rozmowa może poczekać.

***

   - Chcesz zostać? To tylko mały zabieg, potrzymasz go za rękę i może nie będzie się aż tak mazać. – rzucił Cyborg wchodząc do skrzydła.

   - Nie. – odparła pośpiesznie, zażenowana komentarzem przyjaciela – Chciałam tylko upewnić się, że to nic poważnego. – wstała ociężale z krzesła ustawionego tuż przy łóżku Zielonka. Uśmiechnęła się do niego blado, jednocześnie unikając natrętnego spojrzenia Cyborga.

   - Możesz zostać, Rae…

   Przebierała nerwowo swoimi bladymi, kościstymi palcami, których paznokcie zostały ozdobione elegancką czernią. Nogi zwisały jej bezwładnie z krawędzi dachu, muskane zimnymi podmuchami wiatru. Przed oczami miała czerwoną dziurę w zielonym udzie Garfielda, gdzie utknął odłamek metalu. I krew, dużo krwi. Ściekająca czerwona ciecz otuliła zieloną nogę i kapała leniwie w dół, na zimną posadzkę. Zacisnęła usta w wąską linię, napięła mięśnie swego ciała. To tylko mały zabieg, nic nadzwyczajnego. Przecież już nie raz był łatany przez Cyborga. Starała się uzmysłowić sobie, że naprawdę nic mu nie grozi, że jest w dobrych rękach, a przede wszystkim, że nie poczuje bólu. Mimo, że widziała tylko urywek jego wspomnień – który na dodatek w tym momencie zmieszał się z dręczącymi ją myślami, przez co nie potrafiła odróżnić teraźniejszości od przeszłości – to śmiało może stwierdzić, że Garfield Mark Logan przeszedł już swoje piekło, tutaj, na Ziemi. Przeklęła w myślach dzień wypadku, który uczynił ze zwykłego chłopca bohatera. A zarazem, po namyśle, ucieszyła się, że los spłatał mu takiego figla. I może to egoistyczne, ale w głębi naprawdę cieszyła się, bo to właśnie dzięki bolesnemu wypadkowi ich drogi skrzyżowały się. Westchnęła ciężko. Jej życie byłoby znacznie mniej kolorowe bez tych jego głupich zaczepek, nieśmiesznych żartów i ciągłego natręctwa. Tyle wycierpiał… Zasłużył na coś lepszego niż kiszenie się w tej cholernej wieży. Ale co ona może na to poradzić? Przecież nie jest jakimś bogiem, żeby wyleczyć serce tego chłopca. Nawet nie ma jakiegokolwiek innego sposobu by choć trochę osłodzić mu życie. Jest tylko marną imitacją człowieka. Ona nawet nie może dać mu namiastki szczęścia, nie da mu nigdy życia jakie wiodą zwykli ludzie.

   Tacy właśnie jesteśmy. Niemożliwie wyjątkowi. A miłość, która zdaje się być czymś abstrakcyjnym, jak dla mnie jest tą na wieki.

   Jęknęła zrozpaczona, odrzucając głowę w tył i uderzając otwartymi dłońmi o zimny dach. Skarciła się za myślenie o jakiejkolwiek przyszłości u boku tego człowieka, nie może na to pozwolić. Ktoś taki jak ona nie powinien zaprzątać sobie tym głowy. Ma tyle ważniejszych spraw, jak na przykład dopilnowanie by nie wysadziła w powietrze tej pieprzonej planety. Ale gdy tylko przypomni sobie jego twarz, jego uśmiech, a zaraz po nim ból… Warknęła pod nosem. Tylko on mógł wywołać u niej dwa tak skrajnie różne uczucia, które mieszały się w jedno. Problem w tym, że Azarath’ka nie potrafiła ich nazwać. Ona nie wie co czuje względem pana Logana. Nie wie co powinna czuć. Wie tylko, że to coś pomiędzy nienawiścią a… miłością. I to ją zabija.

   - Cześć. – usłyszała nagle, odwróciła się w stronę przywódcy mierząc go przekrwionymi oczami.

   - Czego chcesz? – rzuciła oschle, nasuwając kaptur na głowę.

   - Przeprosić i pogadać. – skinieniem głowy wskazała mu miejsce obok siebie, usiadł również spuszczając nogi w dół. – Przepraszam, że nie było mnie przy was. Zawiodłem jako lider i mimo wszystko potrafię się do tego przyznać. Cyborg nie mógł w to uwierzyć. – zlustrował ją wzrokiem, jednak mimo uwagi, która powinna wywołać choćby przelotny uśmiech jej twarz pozostała kamienna. – Ale daliście sobie rade, jak zawsze. I Jinx… okazała pomoc, choć nie spodziewałbym się tego po niej. Czasami zastanawiam się, czy jestem wam jeszcze potrzebny. Jesteście…

   - Jesteś liderem, ktoś musi się trochę porządzić, inaczej ta banda debili rozwaliłaby calutką wieżę. A ja nie mam jak się utrzymać.

   - No tak, trzeba by było pomyśleć o zrobieniu ci jakiegoś dowodu tożsamości. Za późno się za to biorę, wiem. Ale… Sprawowałem nad tobą opiekę, czułem się ważny, odpowiedzialny. To było dla mnie ważniejsze niż… niż ta cała zabawa w bohaterów. I… Chyba nie mogę pogodzić się z tym, że jesteś już samodzielna. Cały czas byłaś. – odetchnął głęboko – Przepraszam.

   - Nie masz za co, serio. Gdyby było mi to do czegoś potrzebne goniłabym cię już dawno. Ale kto mógł przewidzieć, że jednak przeżyjemy koniec świata? Wtedy wystarczyło mi twoje nazwisko, jednak teraz warto byłoby przerzucić się na Roth. Star chyba nie będzie zadowolona, kiedy zobaczy, że znowu podpisuję się twoim.

   Zaśmiał się cicho, przeczesując gąszcz włosów. Zapadła dłuższa cisza. Dziewczyna wróciła myślami do Garfielda, mając nadzieję, że czas operacji dobiegł końca, a Cyborg zadbał o sporą dawkę znieczulenia. Być może leży już w swoim łóżku i odpoczywa. Chciałaby żeby to była prawda, żeby wyrwał się jakoś ze skrzydła, w końcu on tak nie lubi szpitali…

   - Barbara zniknęła. – przerwał ciszę, jego nagły odzew sprawił, że Raven aż podskoczyła wyrwana z zamysłu. – Od razu chciałem się z nią skontaktować, nie było nawet sygnału. Nie ma jej nigdzie, żadnego śladu. Jakby nagle wyparowała, a przecież ludzie nie znikają ot tak. – pokręcił głową – To Slade. Wiedziałem, że w końcu uderzy. Wiedziałem. Powtarzałem wam, że trzeba się przygotowywać, teraz musimy zdwoić nasze starania. Opuściliśmy się, treningi i…

   - Uspokój się, znowu uruchamia ci się tryb świra. – warknęła – Pokonałeś go tyle razy, dasz radę i teraz.

   - Sama mówiłaś, że może wrócić silniejszy, że…

   - Zapomnij o tym, co mówiłam. Ciesz się chwilą wolności. – zmrużyła oczy zastanawiając się, co ona właściwie wygaduje. Chwila wolności? Cóż to za brednie. Chwile spędzone z Zielonym zdecydowanie dają się we znaki. – W sensie…

   - To nieważne. – przerwał jej – Muszę jeszcze raz sprawdzić całą wieżę, i to koniecznie dziś. Mogła podłożyć gdzieś jakieś podsłuchy, cokolwiek. Slade’a stać na różne zagrania. – Odskoczył szybko, stanął na nogach – Dzięki za rozmowę, a teraz wybacz, ale muszę już iść.

***

   Z górnej szafki kuchennej wyciągnęła dwa kubki ręcznie zdobione przez Tamarankę. Kosmitka podarowała ów przedmiot każdemu Tytanowi, każdy miał specjalne zdobienia. Azarath’kę interesowały tylko dwa z nich, a mianowicie ten z tamarańską roślinnością, który należał do niej oraz kubek z tamarańskimi zwierzętami należący do Beast Boy’a. Zdecydowanie częściej używała kubka z motywem zwierzęcym, lepiej się w nim piło poranną herbatę. Postawiła przedmioty na blacie, nasypała do obu herbaty ziołowej i zalała wrzątkiem.

   Był środek nocy, jednak ona niespokojnie wierciła się w  swoim łóżku. I coś podpowiadało jej, że Garfield tej nocy również nie zmruży oka, a więc postanowiła wstać, zrobić herbatę i odwiedzić chłopaka. Według Cyborga, dla bezpieczeństwa powinien zostać na noc w skrzydle, podłączony do różnego rodzaju aparatury. Na jej twarzy zagościł przelotny uśmiech, kiedy wyobraziła sobie marudzącego Zielonka, starającego się wybrnąć z nieprzyjemności spędzenia nocy w szpitalnym łóżku.

   Stanęła przed oszklonymi drzwiami. Garfield leżał odwrócony plecami do niej, przez co ciężko było stwierdzić czy rzeczywiście nie śpi. Przypomniała sobie popołudniowe rozkminki na temat jego osoby. Chyba póki co nie powinna nazywać nieznanych jej uczuć. Nadal nie jest pewna, nadal nie rozumie wielu rzeczy. Nadal nie wie czym jest czysta miłość…

   Przeniknęła przez ścianę, kubki leniwie unosiły się za nią. Zbliżyła się do łóżka, w tym samym czasie zielony chłopiec przewrócił się na plecy spoglądając po niej zaciekawiony.

   - Rae? – oparł się na łokciu, przecierając zmęczone oczy – Nie wiem czy to co Cyborg mi podaje tak na mnie działa czy naprawdę pofatygowałaś się żeby mnie odwiedzić.

   - Jak się czujesz? – zapytała kładąc dłoń na czole chłopca – Boli cię coś?

   - Cóż… Poza tym, że wylądowałem w Skrzydle, chyba wszystko jest już okej. Tym bardziej teraz. – wyszczerzył zęby w uśmiechu, poruszając zalotnie brwiami. Przewróciła oczami w odpowiedzi.

   - Zrobiłam herbatę. – wskazała na lewitujące kubki, podała mu jeden – Nie mogłam zasnąć, pomyślałam, że może ty też jeszcze nie śpisz…

   - Cieszę się, że przyszłaś. Naprawdę. Nie znoszę szpitali, właściwie to wszystkiego, co z nimi związane. Ale chyba każdy z was zdążył się już o tym przekonać. – uśmiechnął się blado, spojrzał na pokryte zielenią dłonie – A wszystko przez to. Przez ten wypadek.

   - Uhm. – mruknęła, doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Spojrzała na niego, z myślą, że może pociągnie wątek wypadku dalej, opowiadając jej o nim. Zamiast tego parsknął śmiechem.

   - Chyba nie jestem gotowy by komukolwiek o tym mówić. – spojrzał na nią z czymś na wzór rozbawienia. Jakby przeczytał jej myśli, a może ciekawość aż tak bardzo odmalowała się na jej twarzy. Westchnął. – Wiem, że nie nalegasz, żaden z was nie nalegał. Chcecie dobrze, rozumiem to. Wiem, że minęło tyle lat… Ale to nadal boli, Rae. Cholernie boli, a to ten rodzaj bólu, o którym ciężko mówić a jeszcze ciężej zapomnieć. Wiem, że są osoby, które też straciły rodziców i też cierpiały. Ale każdy przeżywa to na swój sposób, każdego boli to inaczej, rozumiesz? Chodzi o to, że nawet jeśli moje cierpienia są podobne do cierpień kogoś innego, to i tak sobie nie pomożemy. Nie uleczymy ran do końca. Nikt nigdy tego nie zrobi. Nie chcę znów otwierać swoich ran.

   - Przecież one i tak się nie zagoją, sam mówiłeś…

   - Racja. – przerwał jej – Ale przynajmniej są odrobinę podleczone, a wszystko to zasługa takich aniołów jak ty. – uśmiechnął się delikatnie na widok nachodzącego na bladą cerę rumieńca – Może kiedyś opowiemy sobie nawzajem swoje tragedie? Kiedy już będziemy na to gotowi.

   - Może. – przytaknęła w zamyśleniu.

   - Chodź tutaj, niunia. – zrobił jej miejsce obok siebie – Nie każ mi się prosić.

   Dziewczyna ściągnęła ciemną pelerynę, przewiesiła materiał przez oparcie krzesła, zsunęła buty i wślizgnęła się do małego, białego łóżka szpitalnego.

   - Łamiemy zasady ustalone przez Robina. – rzuciła cicho. Speszona jego wzrokiem błądzącym po jej ciele, sztywno siedziała na materacu.

   - Zasady Robina są po to, by je łamać. – ułożył ją na pościelach, ogarnął ją jeszcze raz wzrokiem, po czym opatulił kocykiem i ucałował w czoło. – Nie bój się mnie. – zaśmiał się – Ledwo mogę ruszać nogą, nie zrobię ci krzywdy.

   - Nie boję się ciebie. – odparła. W tym momencie dziewczyna bała się tylko tego, co rosło w jej sercu a dotyczyło właśnie jego osoby. – Garfieldzie… Zanim się poznaliśmy żyłam w samotności. Może i mieszkałam z wami cały ten czas, ale doskwierała mi straszliwa samotność. – przypomniała sobie o uciskającym serce uczuciu tęsknoty za czymś, czego nigdy wcześniej nie znała – Stałeś się dla mnie… kimś ważnym. Nie potrafię ubrać uczuć w słowa, nie sądziłam, że to takie trudne. – westchnęła – Nie wiem co teraz zrobiłabym bez ciebie. – wyznała cicho, zawstydzona własnym wyznaniem.

   - Ohh, Rae. – westchnął. Uśmiechnął się psotnie, a następnie obdarował ją gradem małych, słodkich pocałunków, które wywołały fale niekończącego się śmiechu dziewczyny.

***

Wreszcie koniec!
Mimo dręczących mnie upałów skończyłam rozdział z małym poślizgiem. Problem też w jakości notki, może aż tak źle nie wyszło, ale coś mnie nie zadowala w tym rozdziale.
Od razu zaznaczam, że nie wiem kiedy pojawi się kontynuacja. Jeśli nadal będzie tak gorąco, może się trochę przedłużyć.

Pozdrawiam.
~Rachel.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii FanFiction

 

Rozdział 26.

10 lip

   W Jump City zapadła bezgwiezdna noc. Na horyzoncie tylko jedna jasna kropeczka światła kontrastowała z spowitym w czerniach niebem. Titans Tower zapadło w sen z wyjątkiem jednego pomieszczenia, gdzie obecnie unosił się duszący zapach fast foodów i napojów energetycznych zmieszany z mocną męską wonią. Dwóch przyjaciół niechlujnie rozwalonych na miękkiej kanapie rywalizowało zacięcie w kolejnej z gier. Rankiem, kiedy przywódca się zbudzi – o ile w ogóle śpi – znów zacznie kląć pod nosem jak tylko poczuje ostry aromat pozostawiony przez chłopców. Ale kto by się tym przejmował? Na pewno nie oni, przecież lider ciągle robi problemy z niczego. Tak więc, początkowe przekrzykiwanie się o to kto wygra, z czasem zmieniło swój tor biegu na poważniejsze tematy.

   - Stary, nie wierze! Ty i nasza mała, ponura Raven! – Cyborg parsknął śmiechem – Wy chyba jesteście niepoważni.

   - Póki co nie ma żadnych nas, ale spokojnie… Jeszcze trochę a wpadnie w moje sidła i to na amen. Oh, i nie wspominaj o tym nikomu, plotkaro. Tym bardziej Rae, ona mnie zabije, a jako trup nie będę miał żadnych szans.

   - To jakieś masz? – zarechotał dźwięcznie – No sorry, ale przecież to nierealne. Uderzyłeś się w głowę? Raven to typ samotnika, prędzej dokona autodestrukcji niż…

   - Całowaliśmy się kilka razy. – wypalił nagle. Zerknął na przyjaciela, którego usta ze zdziwienia ułożyły się w literę O. – Zdziwiony? Oh, Vic, jak mogłaby się mi oprzeć? Emanuje urokiem osobistym, męstwem i…

   - I skromnością, już sobie nie wlewaj. – Stone rzucił padem w kąt kanapy. – Opowiadaj. No dalej!

   - Ale o czym? – zapytał rozkojarzony, również odłożył przyrząd.

   - No jak to o czym? O WASZYM ROMANSIE! Jakim cudem udało wam się to ukryć? I dlaczego, do cholery, dopiero teraz mi o tym mówisz?! Jesteśmy jak bracia!

   - Przecież nie będę ci opowiadać o tym co robimy. – oburzył się marszcząc zielony nosek, wyprostował się, niczym zwierze gotowe do ataku. – I weź się ścisz, zaraz wszystkich pobudzisz. Albo, co gorsze, dowiedzą się o wszystkim. – skierował na niego palec wskazujący – Nikomu ani słowa, pamiętaj.

   - Jasne, jasne… Wielkie mi tajemnice. – przewrócił brązową tęczówką – Ja tu jestem najbardziej doświadczony, mógłbym ci doradzić, ale jak nie chcesz…

   - Świetny pomysł! Bo właśnie Rae przechodzi… hmm… małe załamanie i… Ehm… No nie wiem jak jej pomóc.

   - Nie wiesz? Myślałem, że…

   - Nikt nie przebije naszego pajaca w masce. Nigdy jej go nie zastąpię. Ani ja, ani nikt inny. A on się nią w ogóle nie interesuje, zamiast tego tylko biega za Barbarą. Ona idzie tam, on za nią. Kiwnie palcem, Robin leci. Niedługo będą razem chodzić do toalety.

   - Koleś. – zachichotał – Wygląda na to, że bardziej drażni to ciebie niż Star! – Bestia warknął niezrozumiale pod nosem. – No weź, tylko żartuje. – Victor stuknął go pięścią w ramie – Dlaczego sama do niego nie pójdzie, skoro potrzebuje pomocy?

   - Bo to Raven. Ona nie potrzebuje pomocy, nawet jeśli naprawdę jej potrzebuje.

   - Hę? - Logan machnął ręką zeskakując z kanapy. – A ty gdzie? Nie skończyliśmy!

   - Idę spać. Musisz sam dokończyć. – rzucił znikając za drzwiami wychodzącymi na korytarze.

   Szedł przy wielkich szybach. Spoglądając w dół podziwiał wzburzone fale, uderzające całą swoją potęgą o skalną plażę. Co, jeśli to naprawdę niemożliwe? Jeśli Cyborg ma racje? Rae go nie zechce. Myśląc logicznie… Kto chciałby takiego zielonego półgłówka jak on? Znów zostanie sam z posmakiem niespełnionej miłości. Znów zamknie się w sobie na długie dni, a być może lata. To co czuł do Terry ma się nijak do tego jak bardzo kocha Rae. Jego słodką, drobniutką, kruchą niunie. Potrzebuje nadziei. Musi ją dostać by dalej funkcjonować. Nawet jeśli ona nigdy go nie pokocha, pragnie by dawała mu nadzieje dzień w dzień, do usranej śmierci. Inaczej zamknie drzwi do jego małego serca, które promieniuje nieskazitelnym uczuciem do pół demona, a wtedy nie będzie już możliwości, że samodzielnie stanie na nogach. Że będzie funkcjonować tak jak teraz, czy chociażby, że kiedykolwiek się uśmiechnie. Jego życie okryje przerażająca, mroźna aura pesymizmu.

   Stanął przed drzwiami jej pokoju, dotknął, opatuloną w szary materiał dłonią, masywnych drzwi. Nie chce jej obudzić, chciałby się tylko przyjrzeć jej delikatnym rysom twarzy. Pamięta pierwsze spotkanie Tytanów, pamięta kiedy zsunęła kaptur z głowy uwalniając ciemne kępki krótkich włosów i tą porcelanową twarz należącą do wysłannika z niebios. I pamięta dzień, kiedy powiedziała im kim naprawdę jest. I to niedowierzanie. Dziewczyna z anielskimi rysami miałaby być przesączona złem? Lecz jak się później okazało, taka była prawda. Była owocem zła, córką demona. Miała zasadzić tu swoje korzenie, rozkwitnąć w pięknym ciele, uwodzić niczym najpiękniejszy kwiat… A potem zniszczyć, zgładzić, zabić.

   Zawahał się. Zacisnął dłonie w pięści, napinając przy tym wszystkie mięśnie ciała. Odetchnął rozluźniając się. Szybko przybrał postać maleńkiej mróweczki i bezproblemowo przecisnął się w szczelinie pomiędzy drzwiami a podłogą. Będąc w ciemnym zaułku jej królestwa na nowo stał się człowiekiem. Starał się być cichutko, jednak Azarath’kę jest w stanie zbudzić każdy niepożądany oddech. Usiadła zaniepokojona.

   - Garfield? Coś się stało? – wychrypiała przecierając zaspane oczy.

   - Przepraszam. Nie chciałem cię obudzić, niunia. Ja po prostu… chciałem cię zobaczyć. Zaraz stąd zniknę.

   - Zaczekaj, Gar… – wyciągnęła się by chwycić jego dłoń. Ściągnęła szarą rękawiczkę rzucając ją pomiędzy pościel. Usiadł obok niej, przyglądając się jej obliczu. Ta zaś, w zamyśleniu kreśliła kciukiem niezidentyfikowane wzory na jego zielonej skórze. – Źle się czuję. Wiem, że masz już dość tej gadki, ale… Obecnie nie mam nikogo prócz ciebie. Ja… Ohh, Garfieldzie, gdybyś tylko wiedział… Ktoś taki jak ty nie powinien być ze mną, nie powinieneś…

   - Nie mów tak, niunia. Nie chcę tego słuchać. Proszę, nigdy więcej. Twoje słowa ranią bardziej niż rozgrzany nóż wdzierający się w klatkę piersiową. Bardziej niż rozwścieczone, dzikie zwierze rozszarpujące ciało. Nie karz mnie nimi. – ucałował jej zimną, bladą dłoń – Chyba na to nie zasłużyłem. – odgarnął jej kosmyk włosów za ucho, otarł samotną łzę naznaczającą gładki policzek – Nie płacz, moja Nadziejo. Wszystko, tylko nie to.

   - Nikt nie dał mi tyle, co ty. Nikt nigdy mnie tak nie traktował. – westchnęła – Jakim cudem mnie zauważyłeś? Jak to możliwe, że jeszcze się nie pozabijaliśmy? – wydostał się z jej gardła zduszony odgłos, podobny do śmiechu. – To wszystko zdaje się być niemożliwe.

   - Tacy właśnie jesteśmy. Niemożliwie wyjątkowi. A miłość, która zdaje się być czymś abstrakcyjnym, jak dla mnie jest tą na wieki.

   - Miłość? – w odpowiedzi posłał jej blady uśmiech.

   No przecież, idioto. – Skarcił się w myślach. – Ona nawet nie wie co to miłość, a ty jej wypalasz z takim tekstem. Brawo, geniuszu.

   - Czas spać, niunia. – pocałował ją w kącik ust, zgarnął rękawiczkę i ze spuszczoną głową ruszył do wyjścia. – Dobranoc. – szepnął zanim zamknęły się za nim drzwi.

   Pozostawił ją samą wśród zmiętej pościeli. Samą z rozrastającymi się w głowie myślami. Miłość? Jaka znowu miłość? Chyba coś mu się pomieszało, albo ona coś źle zrozumiała. Tak czy owak, nie potrafiła ukryć jak bardzo jego osoba ją uspokajała. Jak jego dotyk przyprawiał ją o dreszcze i szaleńczy taniec ćmy w jej brzuchu, która w niewyjaśniony sposób wleciała tam podczas ich pierwszego pocałunku i została do teraz. Ten dziwny prąd przebiegający w górę kręgosłupa. Jego głos, spojrzenie. ON pobudzał każdy jej zmysł. ON sprawiał, że z wielkim trudem panowała nad sobą. Ale miłość? Co to w ogóle znaczy miłość?

   Dziewczyna potrząsając z niedowierzania głową wyplątała się z pościeli. Pierwszy raz cisza, która owładnęła wieżą napełniła ją strachem. Coś jej podpowiadało, że to cisza przed burzą. Podeszła do masywnej szafy, otwarła jej drzwiczki i zajrzała na tyły. Po chwili wyciągnęła starannie zwinięty materiał. Jego bluza, ubranie przesiąknięte tą cudowną, słodką, męską wonią pana Logana. Otuliła nią twarz, wdychując z czcią zapach ciała zielonego chłopca. Bez chwili namysłu wskoczyła w bluzę, ułożyła się na łóżku i otulając ramionami usypiała. Upojona jego zapachami, z myślami krążącymi wokół jego osoby.

   W tym samym czasie Garfield Mark Logan pochylony nad biurkiem, z językiem na wierzchu i ołówkiem w dłoni kończył kolejny szkic jego domysłów o półnagim ciele panny Roth.

***

   Po nieprzespanej nocy Victor Stone wszedł do pokoju głównego zadziwiająco późno. Ku jego zdziwieniu Zielony koleżka najwidoczniej nadal spał. Chociaż nie wiadomo co on w tej nocy robił, zwinął się tak szybko… Jest niemal pewien, że całą noc spędził z Raven. Jak to dziwnie myśleć o nich w ten sposób. To coś… Coś zdecydowanie nienormalnego. Potrząsnął głową na samą myśl o ich nocnych igraszkach. Podszedł do aneksu kuchennego, gdzie rozsiedli się wygodnie członkowie Bat Family, szepcząc między sobą. Rzucił im krótkie przywitanie i grzecznie zajął się przygotowywaniem porządnego śniadania, gdzie głównym składnikiem jest oczywiście mięsko. Zgrabnie ominął ohydne tofu zajmujące zdecydowanie zbyt dużo miejsca w JEGO lodówce i wyjął soczysty kawałek krwistego steku, który zaraz pójdzie na grill. Nie ma to jak dobrze zacząć dzień, który zapowiadał się całkiem nieźle. Jak tylko zje skoczy się odświeżyć, wskoczy do swojego autka i pojedzie do różowowłosej dziewczyny.

   Podczas gdy mięso skwierczało, a Cyborg z rosnącym apetytem przyglądał się pysznością jakie dla siebie szykuje. Do salonu wpadła tamaranka, ubrana w białą, zwiewną sukienkę podkreślającą jej obfite kształty. Aż sam przyłapał się na zbyt dokładnym przyjrzeniu się dziewczynie. Jak co dzień przywitała wszystkich radosnym „Dzień dobry, kochani”, po czym skierowała się w stronę Graysona by uwiesić się na jego szyi i pocałować przeciągle w policzek. I tym razem prawie się jej udało, gdyby nie to, że lider ciągnięty przez Barbarę Gorgon wyminął Gwiazdkę.

   - Nie czekajcie na mnie. – rzucił poprawiając się, wyślizgnął dłoń z uścisku Barb i zerknął na dwóch Tytanów znajdujących się w kuchni. Starfire stanęła na podłodze. – Nie wiem, kiedy wrócę. Pamiętajcie o treningu.

   - Robinie, jak to nie wiesz kiedy wrócisz? – zaczęła uśmiechając się nerwowo – Mamy dziś rocznice, nie pamiętasz?

   - Tak, Star. Przepraszam, mam coś ważnego do zrobienia. – podrapał się w tył głowy zerkając ukradkiem w stronę przyjaciółki. – Wybacz, odbijemy to następnym razem.

   - Następnym razem? – powtórzyła nie dowierzając, zrobiła kilka kroków w jego stronę. – Jakim następnym razem? Za rok? No, o ile jeszcze będzie cię interesować moja osoba.

   - Dick, nie mam już czasu. – ponagliła go Batgirl, chwyciła chłopaka w nadgarstku i zaciągnęła po schodkach w stronę drzwi.

   - Robinie…

   - Przepraszam, Star. – rzucił wychodząc.

   - Robinie, mam cię w oku! – krzyknęła za nimi tłamsząc rozwalające ją od środka emocje.

   - Chyba na oku. – poprawił ją Cyborg, który cały czas uważnie przyglądał się zaistniałej sytuacji. To lepsze niż telewizja.

***

   Usiedli razem przy okrągłym stoliku. On z talerzykiem podsmażonego tofu, ona tradycyjnie z zieloną herbatą. Spojrzeli po sobie. Cyborg siedział wpatrzony w ogromny ekran, gdzie puścili akurat wiadomości. Dziewczyna była spokojna, bo nikt im nie przerwie konwersacji, tym razem nie musi kontaktować się z Zielonym telepatycznie. Star też gdzieś zniknęła, według Cyborga poszła się wyładować na siłowni, cokolwiek to oznaczało. Tylko Logan wiedział, że Cyborga wcale nie wciągnęły wiadomości. Tak naprawdę udaje zahipnotyzowanego słowami reporterki by sprytnie podsłuchać całą rozmowę, którą, miał nadzieje, zaraz zaczną.

   - Jak noc? – zapytał szeptem.

   - Bez koszmarów. – pomyślała o jego ubraniu, w którym spała. Teraz już nic nie mogło podważyć faktu, że to Garfield ją uspokaja. Dzięki niemu pozbywa się toksyn. Mogła wcześniej wpaść na ten pomysł. Teraz trzeba będzie jakoś niezauważalnie podkradać noszone przez niego ubrania. – Wreszcie się wyspałam.

   - Nawet nie wiesz jak się ciesze. Może w końcu ci minęło?

   - Oby. – rzuciła cichutko, uchwyciła kubek w usta i zabrała łyk napoju.

   Nastała cisza, podczas której obaj oddali się zamyśleniu. Tylko Cyborg przeklinał to, jak cicho mówili. Nawet słowa nie zrozumiał z tego bełkotu. A teraz zamilkli. A był tak ciekaw o czym sobie gruchają. Nawet specjalnie spóźnił się do Jinx.

   Bestia nadział na widelec kolejny kawałek tofu, uniósł sztućca w górę i zamarł spoglądając przed siebie. Nie uszło to uwadze Rachel. Spojrzała na niego zaniepokojona. Zielone, spiczaste uszy zadrżały wykrywając jakiś odległy hałas, usta otwarły się szeroko. Nim zdążył poderwać się z miejsca i krzyknąć jakiekolwiek ostrzeżenie, czerwone światło zalało pomieszczenie, a ich głowach zawył alarm.

***

   Zatrzymali się na skraju lasu, na tyle daleko od Jump City i tej ich przeklętej wieży, że mogła poczuć się choć trochę bezpiecznie. Chociaż i tak mógł zauważyć jej wybryk. Ha! Na bank wszystko obserwuje. Każdy jej ruch. Teraz jej życie wisi na włosku, ale najważniejszy jest Dick. Równocześnie ściągnęli kaski odkładając je na motocykle. Podszedł do niej pewnym krokiem, krzyżując ręce na piersi. Poczuła na sobie to spojrzenie, nauczył się tego od Batmana, bez dwóch zdań. Pod wpływem tego spojrzenia od razu czujesz się winnym. Skierowała wzrok na swoje stopy.

   - Więc, o co chodzi? – zapytał łagodnie – Co jest tak ważnego żeby mnie wywozić aż tutaj?

   - Chciałam porozmawiać… o nas. – rzuciła nagle. Przed chwilą dosłownie czuła jego uśmiech, teraz, kiedy podniosła głowę widziała tylko kamienną powagę.

   - I po to te całe zamieszanie? Ugh. – potarł czoło. Co za dziecinada! Załatwi sprawę szybko i wróci do wieży. Naprawi wszystko. O tak, jeszcze dziś pójdzie ze Starfire na umówioną randkę. – Barbaro. – przemówił stanowczo, przeczesał dłonią gęste, hebanowe włosy – Posłuchaj, jesteś naprawdę… piękną kobietą. Jesteś inteligentna, zabawna i potrafisz dokopać, ale to co nas kiedyś łączyło dawno wyparowało. Przynajmniej ze mnie. Spotykam się z Gwiazdką i to się nie zmieni. Zrozum, Barb… Ja ją kocham.

   - Ale Dick… – zaczęła, ale przerwał jej machnięciem dłonią.

   - Nie. Nie zmienię zdania. Musisz się z tym pogodzić.

   Spojrzał na nią ukradkiem, usta miała zaciśnięte w wąską linie, dłonie w pięści. Jak rozgniewane dziecko w supermarkecie, które nie dostało obiecanej paczki cukierków. Pokręcił głową. Odwrócił się na pięcie z zamiarem założenia kasku, wejścia na swój pojazd i odjechania do domu. Odezwał się nadajnik. Znudzony obrzucił go wzrokiem z myślą, że to pewnie kolejny napad na bank przez jakieś niedorajdy. Oczy rozszerzyły mu się ze zdziwienia. Zdenerwowany zacisnął pięści, napiął mięśnie.

   - O wszystkim wiedziałaś, tak? – wysyczał – Odpowiadaj!

   - Dicky, proszę… To nie tak. On groził Jimowi. Ja… Nie wiedziałam co robić. Musiałam cię uratować!

   - Nie wiedziałaś! Ty idiotko! Wyłączyłaś alarmy! Po czyjej jesteś stronie, co?! – chwycił ją za ramiona, z całych sił powstrzymywał się żeby jej nie rozszarpać. Tytani są w wielkim niebezpieczeństwie i to przez nią. Ile jeszcze razy dozna ataku od środka? Czy naprawdę nie nadaje się na przywódcę, skoro ciągle powtarza się ta sama historia? – Kłamałaś, cały czas. – cisnął nią o ziemię – A ja, głupi ci wierzyłem. Dla ciebie… – parsknął – Nigdy więcej.

   Odwrócił się rozwścieczony, w tym momencie Barbara podniosła się. Musi go jakoś zatrzymać, nie może pozwolić  by stała mu się krzywda. Podbiegła do niego, wsunęła dłonie na napięty kark chłopaka i złączyła na nowo ich usta. Tak jak kiedyś, bez oporu, oddał się pocałunkowi…

***

   Maszyny Slade’a wkroczyły do wieży bez zbędnych ceregieli. Kosmitka, która jako pierwsza została zaatakowana, pod wpływem chwili uderzyła pięścią w sprzęt przy ścianie by dać znać przyjaciołom o niebezpieczeństwie. Nie usłyszała alarmu, a przecież on potrafi wyrwać z zamyślenia każdego. Odpowiedź była prosta, ktoś go specjalnie wyłączył, a Star, mimo, że nie lubi wskazywać winnych palcem, miała pewne podejrzenia. Rzuciła się w wir walki, dzielnie – jak na tamarankę przystało – broniąc swojego domu i rodziny. Rozgniatała intruzów przy użyciu nadludzkiej siły, ciskała nimi jak zabawkami i karmiła promieniami. Starała się nie przepuszczać ich w głąb wieży lecz było to niewykonalne w pojedynkę, tym bardziej, że chyba w ogóle ich nie ubywało…

   Reszta natrafiła na wroga zbiegając w dół. Wdarli się na czwarte piętro, całkowicie je demolując. Zupełnie jakby czegoś szukali. Albo kogoś. Victor Stone znów wcielił się w rolę przywódcy wykrzykując głośno znane im słowa: „Tytani, Wio!”. I tak zaczęła się walka, nagle korytarze stały się zbyt ciasne.

   Dopiero dziś Garfield i Rachel zrozumieli słowa lidera. Bohaterowie nie mogą kochać. Bohaterowie nie mogą być w związku. Bohaterowie nie zakładają rodzin. To wszystko może wykorzystać wróg, to wszytko przeszkadza w misjach. Za każdym razem kiedy Rae uderzała w przeciwników, Bestie ogarniał dziwny niepokój. I odwrotnie. Dziewczyna nie mogła patrzeć jak ten zaczynał się tłuc z tymi przeklętymi wysłannikami Slade’a.

   Nagle w jej oczach zatrzymał się jeden obraz. Cyborg wystrzela z promienia, robot rozwala się na kawałki. Osłoniła się przed nimi polem z energii, widziała jak jeden z odłamków uderza o ścianę i ze zdwojoną siłą wbija się w nogę Garfielda. Usłyszała krzyk rannego, a zaraz po tym jego upadek. Przeklęła się w myślach, bo to z jej winy dostał. Mogła go ochronić. Choć w rzeczywistości to z jego nieuwagi oberwał, za długo wpatrywał się w ukochaną. Cała ta bitwa naraz stała się nieważna. Tak samo życie Cyborga i Star. Zjawiła się przy Zielonku i chwytając go za rękę otuliła ich mgiełką czarnej energii, która po chwili zniknęła, a oni znaleźli się w jej ciemnym, bezpiecznym pokoju, którego strzeże coś więcej niż tylko magia. W końcu to jej azyl.

***

~Rachel.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii FanFiction

 

Rozdział 25.

06 lip

   Rudowłosa kosmitka stłamsiła płomień otulający jej dłoń. Wszystko zdaje się być w porządku, wszystko działa jak powinno. A jednak w tamtej chwili utraciła grunt pod nogami. I mimo wszelkich starań lidera, ona upiera się przy swoich racjach twierdząc, że niczego sobie nie uroiła. Jak mogłaby kłamać w tak poważnej sprawie? To nawet nie przyszłoby jej do głowy. Kiedy przypomni sobie ten chłód, dreszcze przebiegające po plecach, tą bezsilność – od razu żołądki zaciskają się w pętelki. Coś jest nie tak. Sięgając pamięcią wstecz zauważyła, że ostatnio taką sytuacje miała podczas mutacji. Doskonale pamięta drżenie z zimna, ciągłe wahania nastrojów, przeszywające całe ciało bóle, zmiany skórne oraz brak energii i siły. Zupełnie jakby nagle wypalił się cały ogień, który w niej drzemał. Ale przecież jej rasa tylko raz przeżywa ową mutację, to niemożliwe by się powtórzyła.

   Westchnęła. Oparła dłonie na ramionach chłopaka, choć powinno się już go określać mianem mężczyzny. Jak również Bestię i Cyborga. Dwie tytanki miały okazję podziwiać jak się zmieniają cieleśnie i duchowo. Położył dłoń owiniętą materiałem na ciepłą, gładką rękę Star. Przygarbiony, po raz kolejny przeglądał monitoring i po raz kolejny niczego podejrzanego nie jest w stanie zauważyć. Zebrał już wszystkie możliwe próbki, szukał kilkakrotnie jakiś śladów. I pomimo zeznań Gwiazdki niczego nie mógł potwierdzić. Aż szlag go trafiał, w końcu chodziło o bezpieczeństwo jego kobiety. Odchrząknął głośno, okręcił się na fotelu w stronę tamaranki i zlustrował ją wzrokiem, jakby podejrzewał, że coś przed nim ukryła i to tylko z jej winy nie może niczego znaleźć.

   - Gwiazdeczko, kochanie… Mogłabyś jeszcze raz opowiedzieć o wszystkim?

   - Przecież słyszałeś to już sześć razy. – warknęła znudzona.

   - Pozwól sobie pomóc. Jeśli nie będziesz ze mną szczera, niczego innego nie znajdę, a widzisz jak ciężko mi idzie. Ten ktoś musi się doskonale maskować.

   - Kłopot w tym, że tam nikogo nie było. – potrząsnęła głową – Nie słuchasz mnie w ogóle, znowu. Błądzisz gdzieś w tym swoim świecie, szukając nie wiadomo kogo. Ja po prostu… Chciałam żebyś mnie wysłuchał, uspokoił. Dobrze wiesz, że to nie było normalne. A ty…

   - Dobrze, może odrobinę przesadzam, ale ja tylko chcę byś była bezpieczna.

   - Robinie, ja jestem bezpieczna. – odparła stanowczo.

   - Star… – urwał spoglądając na uchylające się drzwi gabinetu. Przecież mówił im, że jest zajęty. Czego, do cholery, nie zrozumieli?

   W drzwiach stanęła pomarańczowa Barbara Gordon. Jej mina idealnie oddawała zdenerwowanie jakie w niej gościło. Richard opadł na fotel zrezygnowany.

   - Spójrz, co te niewychowane chamy zrobiły!

***

   Garfield Mark Logan właśnie przemierzał dobrze mu znane, chłodne korytarze do dobrze mu znanego, nudnego gabinetu przywódcy.
Jakim cudem zawsze wina spada na niego? Nie zostawił po sobie żadnych śladów, wszystko było idealnie zaplanowane, a tu proszę. Znowu to samo, a przecież każdy mógł to zrobić. No na przykład taka Star, dlaczego nikt jej nie oskarży? Westchnął rozdrażniony. Czym on się przejmuje? Jakąś głupią eks Robcia? Posłucha tego śmiesznego wykładu, na temat jego okropnego zachowania i się zmyje. Za dwa dni wszyscy zapomną i życie potoczy się dalej. W głowie Zielonego chłopca rozgrywają się poważniejsze spory. O tak, on nie jest jak ci wszyscy bohaterowie. Nie przejmuje się drobnymi żartami, przecież życie to jeden wielki żart. Nie martwi się głupimi przestępcami, którzy według Robina właśnie coś kombinują, skoro siedzą cicho. Garfield widzi w tym jeden wielki plus – więcej czasu na sen, jedzenie, gry, no i Rae… I to właśnie jej krucha osoba spędza mu sen z powiek. Te jej ciągłe ataki paniki doprawione płaczem. I te sny. Wiele razy zastanawiał się, czy nie mają ukrytego sensu. Wiele razy myślał o tej tajemniczej kobiecie ze snu, której tożsamości nie chciała wyjawić. Musiała być kimś ważnym, skoro tak to przeżywa. A on, głupi, nie potrafi zrobić nic innego, jak tylko przytulić i powtarzać, że wszystko będzie dobrze. Że ona, Rae, jest bezpieczna w wieży, że nic nikomu nie zrobi, bo się kontroluje, a ta kobieta jest cała i zdrowa. O ile żyje, bo tego też nie potwierdziła. Tak więc, sny dziewczyny, to albo zwyczajne koszmary przeszłości, albo sny prorocze.

   Stanął przed drzwiami, za którymi stoi zadufany lider. Bąknął coś pod nosem i wszedł do środka. Twarzą w twarz, mierząc się spojrzeniami wymieniali ciche oddechy.

   - No pięknie, Bestio. Jesteś zadowolony? – skrzyżował ręce na piersiach obserwując reakcje Zielonego.

   - Daruj już sobie, nie jestem małym chłopcem.

   - Chyba jednak. Skoro zachowujesz się jak dziecko, jesteś nim. A ja jako lider…

   - Ty jako lider masz obowiązek zaopiekować się drużyną, więc rusz te swoje cholerne cztery litery i zacznij zajmować się prawdziwymi problemami, a nie jakimiś widzimisię twojej eks. – warknął. Richard rozchylił usta, jednak przed wypowiedzeniem słów powstrzymała go uniesiona ręką Beast Boy’a. – Nie. Teraz ja mówię. Dobrze ci radzę, zajmij się poważnymi sprawami. Nawet nie zdajesz sobie sprawy co się dzieje w tym domu.

   - Właśnie się tym zajmuje.

   - Co proszę? Powtarzam po raz ostatni, nie obchodzi mnie twoja eks. W tej chwili chodzi o Raven, ty… – skrzyżowali spojrzenia, nie może go przekląć w jego obecności. To doprowadziłoby do większego bałaganu. – Słuchaj, Rae przechodzi teraz ciężki okres, co zauważyli wszyscy z wyjątkiem ciebie. Nikt nie jest z nią tak blisko jak ty. – przełknął gulę w gardle, na myśl, że mimo wszystko to lider jest jej bliższy – Zajmij się nią, bo zdemoluje nam wieże. – rzucił na wpół żartobliwie, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł.

   Szwendał się po korytarzach, aż nogi same nie odnalazły wyjścia. Zderzył się z chłodnym powietrzem, a emocje w końcu mogły się z niego wydostać. Łzy napłynęły mu do oczu, wydał z siebie przeciągły ryk chwytając się przy tym za zielone, miękkie włosy. Zaczął przemianę. Pióra okryły zielone ciało chłopca, kończyny zamieniły się w zdolne do lotu skrzydła, aż w końcu odbił się od skał i wbił w niebiosa jako sokół wędrowny.

***

   Wracając zauważył rozświetlające nocne niebo światło, które dochodziło z salonu. Jako komar wleciał przez uchylone okno. W salonie zasiedli wszyscy – jak przypuszczał – dzięki Starfire, która miała w zwyczaju wybierać piątkowe wieczory jako idealne by oglądać wspólnie ziemskie filmy. Bezdźwięcznie przybrał swą ludzką postać i wsunął się na kanapę obok kruczowłosej dziewczyny. Nos miała zaczerwieniony, widoczne sińce pod oczami, które swoją drogą były przekrwione. Zmęczenie i ciągły płacz odmalowały się na jej nieskazitelnej twarzy. Przez chwile podziwiał jej skupienie, dostrzegł z jak wielką uwagą przygląda się rowerzyście w filmie. Zadziwiające. Czyżby nigdy nie jeździła na rowerze? Ile jeszcze rzeczy nie miała okazji spróbować?

   - Cześć. – mruknęła zauważywszy chłopaka, odpowiedział jej bladym uśmiechem. Wsunęła się w jego umysł.

   Gdzie byłeś? Nie żeby mnie to jakoś specjalnie interesowało… Po prostu… Przyzwyczaiłam się… To znaczy…

   Niezmiernie mi schlebiasz, Rae. Tym bardziej, kiedy widzę twojego rumieńca wywołanego zakłopotaniem.

   Przestań.

   Dobra, dobra. Słuchaj… Z tego co wiem jutro Robin zabiera gdzieś Star, – albo Star Robina – mają jakąś rocznice czy coś. Więc wieża będzie wolna. Trzeba pozbyć się tylko Cyborga, ale to da się załatwić, może pojedzie do Jinx…

   Garfieldzie, co kombinujesz?

   Nic takiego. Ja tylko zapewnię ci odpowiednią rozrywkę, oczywiście w moim towarzystwie. Nie chcę byś ciągle siedziała w pokoju, tylko się zadręczasz.

   Ohh, Gardield…

   Nic nie mów, niunia. Jutro wszystkiego się dowiesz.

***

Witam Was tym… przepięknym rozdziałem.
Przepraszam za tak długą przerwę.
Postaram się by następna notka była nieco lepsza.

Pozdrawiam.
~Rachel.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii FanFiction