RSS
 

Rozdział 24.

04 maj

   Rozkoszny śmiech odbił się od ścian jasnej przestrzeni, docierając do jego uszu w zdwojonej sile. Wokół tylko pustka i nagła, gwałtowna cisza, zupełnie jakby wszystko usnęło, pozostawiając go samemu sobie. Jakim cudem ją usłyszał? Jest w nicości, gdzie nikt nie odlicza czasu. Nikt nie zamieszkuje tak marnych przestrzeni, więc skąd ten głos? Ktoś z niego drwi, ale on nie może pozwolić sobie na dezorientacje, nawet jeśli chodzi o ukochaną. Musi zakończyć misję za wszelką cenę. Znów ją usłyszał – wymruczała jego imię wprost do zielonego ucha, które zadrgało poruszone upragnionym głosem. Obrócił się dookoła własnej osi. Pustka.

   - Rae?! – ryk wydobył się z jego gardła – Gdzie jesteś?!

   Poczuł ten cudowny, aksamitny dotyk na swojej skórze. Ciało chłopaka ogarnął elektryzujący prąd, skutek stęsknionej bliskości. Słyszy, czuje, tylko nie widzi. Dlaczego, do cholery, jej nie widzi?! Nie zasłużył na taką karę, był tego pewien. Ostatnio nikomu nie zrobił żadnego żartu, jest niewinny. Kto zsyła na biednego Garfielda tak ogromny ból?

   Pocałowała go.
To jej zimne usta. Jej nieziemsko słodki smak, którego działanie jest silniejsze niż narkotyk.

   Odetchnął głęboko. Chce więcej. Ohh, jak bardzo jej pragnie.
Zacisnął mocno powieki, a kiedy znowu je otworzył stała przed nim, z szerokim uśmiechem na ustach, który rozpromieniał całą twarz. Biła od niej przyjazna aura, wydawała się być szczęśliwa. Obdarowała go najpiękniejszym uśmiechem jaki kiedykolwiek widział, jej anielskie oczy pochłaniały jego duszę. Zatrzepotała zalotnie długimi, gęstymi rzęsami aż błękit jej tęczówek zmierzył się z jego szmaragdem. Otulił dłońmi drobne biodra dziewczyny. Taka spokojna, taka piękna… Mógłby zachwycać się jej urokiem do końca swoich dni. Zastygnąć przy niej, przyglądać się niczym eksponatowi muzealnemu. Chciałby pochwalić się swą zdobyczą. Zsunął ręce na pośladki ukochanej, po czym przysunął ją bliżej siebie. Ich ciała odbiły się i na powrót przywarły do siebie. Zachichotała.

   - Tak bardzo cię kocham, panno Roth. – wyszeptał. Musnął ustami jej porcelanowy policzek, naraz przygwoździł się do niej, zatapiając się w kolejnym pocałunku. – Kocham cię. – powtórzył głośniej, jakby chciał podkreślić prawdziwość swoich słów, mieć pewność, że usłyszała. Zasypał ją gradem krótkich pocałunków, podczas których upajał się jej dźwięcznym śmiechem.

   Misja. Nie może o niej zapomnieć, ale teraz…

   - Beast Boy, trening! – zaszumiało w nieprzytomnym móżdżku zielonego chłopca – Trening! Wstawaj! – głos lidera nie dawał mu spokoju. Zaspany podparł się na łokciu, ziewnął, po czym uderzył w budzik znajdujący się przy łóżku. Robin zamknął jadaczkę.

   Przetarł zmęczone oczy, rozciągnął się i… Zamrugał dwukrotnie spoglądając na przyciasną bieliznę. Westchnął, ta kobieta zdecydowanie zbyt często go pobudza.

***

   - Hej, Rae… – zaczął figlarnie, przekraczając próg jej zacisza, ale kiedy usłyszał ciche pochlipywanie nie było mu już do śmiechu.

   Podbiegł do łóżka, usiadł niepewnie na zmiętej pościeli. Azarath’ka wylewała łzy w poduszkę, od czasu do czasu dusząc się własnym oddechem. Jeszcze nie tak dawno temu wybuchłaby kłótnia za naruszenie jej strefy komfortu, bezpieczeństwa… A teraz? Niedługo będą tak zżyci, jakby mieszkali w jednym ciele. Obaj nie sądzili, że można być z kimś tak blisko, a przecież to dopiero początek ich wspólnego rozdziału – przynajmniej taką nadzieje miał Logan. Chłopak otulił ją ramionami, zatopiła się w cieple jakim emanował, zatraciła w czułościach jakimi obdarowywał ją każdego dnia od ich pamiętnego pierwszego pocałunku. Nawet jeśli nie chciała, jeśli odrzucała go – nie zrezygnował, uparcie trwa przy niej.

   - Co się stało? – wyszeptał całując czubek jej głowy.

   - Śniłam o niej, znowu. Ten sam sen… Już czwartą noc sprawiam jej ból. – załkała, wbijając nieświadomie paznokcie w ramie Zielonego.

   - To tylko sen, wiesz? Głupi sen, tej kobiecie nic nie grozi.

   - A jeśli naprawdę ją krzywdzę? – spojrzała na niego przekrwionymi, zapełnionymi łzami oczami. Gdzie są te rozpromienione niebieskie oczęta, którymi go uwodziła podczas marzeń sennych? Chłopak wstrzymał oddech, jest mu jej tak cholernie żal. Tak bardzo chciałby odebrać jej wszelkie zmartwienia czy cierpienia, chciałby żeby chodziła uśmiechnięta. Szczerze uśmiechnięta, szczęśliwa. Jest zmartwiony jej stanem i jednocześnie zły na lidera, który niczego nieświadomy chodzi sobie z Barbarą po salach treningowych. A co z nią? Co z Rae? Przyjdzie, kiedy będzie po fakcie, a ona teraz potrzebuje przyjaciela. Potrzebuje Robina, wiedział o tym. Czuł, że nie wszystko mu powiedziała i wie, że lider zna więcej faktów z jej życia. Uczeń Batmana mógłby coś na to poradzić. – Jestem taka głupia, Garfieldzie. – odezwała się łamiącym głosem – Jestem… Stworzyli mnie do zadawania bólu i ona, ta kobieta ze snu… to moja pierwsza ofiara.

   Starał się pozostać niewzruszony wypowiedzianymi słowami, zachować kamienną twarz, jednak jego oczy zaszły łzami. Sprawił jej tym zawód, dostrzegł to w mimice twarzy, w drgającej nerwowo dolnej wardze, trzęsącym się ciele. Zagarnął ją, zamknął w szczelniejszym uścisku i płakał razem z nią. Jest stanowczo zbyt wrażliwy.

   Dopiero godzinę później, kiedy usnęła zmęczona zadręczaniem się, przypomniał sobie po co tu przyszedł. Barbara Gordon! Chciał się pochwalić swoim genialnym pomysłem. Takiego dowcipu jeszcze nie było, a on już go zrealizował. Pozostaje tylko czekać. Już niedługo rudowłosa dziewczyna pójdzie pod prysznic, sięgnie po swój płyn, do którego wlał dwie butelki samoopalacza i spoglądając w lustro z wrzaskiem wyleci z wieży. Uśmiechnął się na samą myśl o tym. Co prawda z początku zastanawiał się czy nie zrezygnować, co jak co, ale to lekka przesada, był nawet skłonny wyrzucić płyn do kąpieli i kupić jej nowy… Ale teraz, kiedy jest wściekły za to, że lider nie ma czasu dla ubolewającej Rae, bo zajmuje się cały czas Batgirl… Chyba nie będzie miał wyrzutów sumienia. No i Rae się uśmieje.

   Ułożył śpiącą Rachel w pościelach, okrył puchatym kocem, jeszcze raz ucałował i bijąc się z myślami postanowił jednak zostawić ją samą. Niedługo znów tu zajrzy, teraz musi powiedzieć Victorowi o swoim uczynku.

***

   Zmierzała właśnie ku wyjściu z nadzieją, że znajdzie gdzieś po drodze swojego pupilka. Chyba go troszkę przestraszyła tą kąpielą. Nieświadomie pokręciła głową, ktoś tu musi dbać o jego czystość. Woda to nie kwas, przecież nic mu się nie stanie.

   - Jedwabku… Skarbie, gdzie jesteś? – nawoływała melodyjnym tonem, jednak na nic to się zdało. Zwierzaka ani widać ani słychać.

   Zrezygnowana stanęła na nogach. Przeszukała już całą wieże, nie mógł tak po prostu zniknąć bez śladu!
No przecież! Tamaranka aż podskoczyła, uświadamiając sobie, że ominęła jeden mroczny pokój. Tam na bank znajdzie larwę, pewnie znów schował się pod łóżkiem Raven. Bez namysłu poderwała się do lotu, już miała pomknąć do Azarath’ki, kiedy nagle coś przeskoczyło jej przed oczami. Zamarła w bezruchu. Nikt nie mógł wejść do wieży, są zabezpieczenia, kamery…
Znów coś dostrzegła, minimalny ruch na końcu korytarza, tańczący w oddali cień i szelest. Ktoś schodzi do piwnicy. Powoli leciała w stronę, z której dochodziły owe odgłosy. Czyżby chłopcy znów chcieli ją w coś wkręcić? Powinni dorosnąć, ich żarty są już nudne nawet dla niej.

   - Cyborgu, to nie jest śmieszne. – rozejrzała się, towarzyszyły jej tylko kamery – Bestio, przyjacielu… Ugh, chłopcy, tym razem mnie nie przestraszycie!

   Odpowiedziała jej cisza. A jeśli to nie oni? Może… to Richard.
Pamięcią wróciła do chwil, kiedy już było jasne, że coś do siebie czują. Do tych sekretnych spojrzeń, dotyku. Przygryzła wargę na myśl, o potajemnych spotkaniach w ciemnych zaułkach wieży, gdzie mogli się sobie oddać. Lider nie chciał, by ktokolwiek wiedział o tym, co ich łączy, więc przez długi czas musieli się ukrywać. I podobało jej się to. Podniecała ją odrobina ryzyka, która wkradła się w ich związek, ten dreszczyk, kiedy słyszeli zbliżające się kroki… Czyżby zebrało mu się na tajemne romansowanie? Zachichotała na samą myśl o czekających ją miłosnych uniesieniach.

   Ruszyła szybciej, prowadzona utęsknionym kontaktem cielesnym, aż stanęła przed masywnymi drzwiami prowadzącymi w dół.Pchnęła je raz, drugi, trzeci… I nic. Zmarszczyła brwi. O co tu chodzi? Gdzie jej nadludzka siła? Wtem owładnął nią chłód. Przeraźliwy, srogi chłód, jakiego jej rasa nigdy nie powinna doświadczyć.

***

Trochę krótkie.
Nie podarowałabym sobie, gdybym nie wrzuciła tu jakiegokolwiek rozdziału. Tym bardziej, że siedzę tydzień w domu. Także dziś lenia schowałam do szafy i postarałam się chociaż o taki wpis.

~Rachel

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii FanFiction

 

Rozdział 23.

15 kwi

   Sunęła po krętych schodach. Biała sukienka trzepotała pod wpływem biegu, owijając jej nogi jak flaga maszt podczas zawieruchy. Zeskoczyła z ostatniego stopnia, huk rozniósł się po domku. Jej matka – kruczowłosa drobinka – odwróciła się nagle, weszła przez taras do domu. Westchnęła.

   - Jak ci poszła medytacja? – kobieta zrobiła kilka kroków w stronę córki, ukucnęła przy niej – Wiesz, że musisz poświęcać temu jak najwięcej czasu. To twój jedyny obowiązek.

   - Chcę się uczyć, nie medytować. – bąknęła zakładając ręce na piersi – Mamo…

   - Prosiłam, byś się tak do mnie nie zwracała. – upomniała ją lodowatym tonem, mała przewróciła oczami. Już wiele razy słyszała tę uwagę, wiele razy głowiła się dlaczego ma zwracać się do niej jak do obcej kobiety. Przecież jest dla niej kimś więcej niż opiekunką, jest jej matką i jedyną osobą, z którą tu jakkolwiek rozmawia. Nie była świadoma ile bólu sprowadziła na swą rodzicielkę. Wiedziała tylko, że jeszcze wiele cierpień ześle.

   - A ja prosiłam o więcej książek, Arello. Jak mam zrozumieć mój dar skoro…

   - To przekleństwo! Wmawiają ci, że to coś niesamowitego, istny cud! Jesteś tylko marionetką, ile razy mam ci to powtarzać?! Dorośnij, Rachel.

   Znów to samo. To znowu się powtarza. W kółko i w kółko. Bez końca. Utknęły w błędnym kole.
Ból się wyostrzył, przeszył jej głowę jak rozgrzany sztylet. Oczy zaczęły ją piec pod wpływem nadmiaru słonych łez. Serce zaczęło przyśpieszać, ścigało się z jej nienaturalnie szybkim oddechem. Zacisnęła pięści.

   - Uspokój się. – zrobiła krok wstecz. – Słyszysz, Rachel?! Uspokój się do cholery!

   Uspokój się. Uspokój.
Nie igra się z ogniem. Białe tło już zaczęło pękać trawione przez ogień emocji. Tego nie da się powstrzymać. Jest za późno.
   Uspokój się.
Azarath, Metrion, Zinthos… Azarath…

   Złapała haust powietrza. Łzy otuliły jej gorące policzki.
To tylko sen. Głupi, nic nieznaczący, nadzwyczaj przejrzysty koszmar. To się nigdy nie powtórzy. Nie pozwoli na to. Nigdy.
   Wyplątała się ze splecionych pościeli, zsunęła nogi na ciemny dywanik. Kolejny raz przetarła zaczerwienione oczy powtarzając sobie, że to tylko głupi umysł splótł jej znowu figla. Arelli się nic nie stało, żyje sobie spokojnie na Azarath. Bezpieczna, z dala od zła. Z dala od niej.
   Pociągnęła nosem, spojrzała na zegar wiszący nad drzwiami. Wybiła piąta, Robin już dawno siedzi na dachu z poranną kawą. Może warto z nim o tym porozmawiać? Uspokoi ją, pocieszy… Nie, to beznadziejny pomysł. Zaprzątnie mu głowę bzdurami, a przecież to jego poranne oczyszczenie po poprzednim dniu. Jego katharsis.
   Poza tym, przywódca może teraz upajać się towarzystwem tej rudej karlicy. Prawie zapomniała o ich durnowatym gościu. Panna Roth nie ma w planach nawet pokazania się choćby na chwilę, kiedy w pobliżu będzie Barbara. Drużyna odczuła już napięcie między dziewczynami, ale nijak nie potrafili stwierdzić co powodowało ów niepokój.
   Zniesmaczona zagarnęła ze sobą przypadkowe ubrania i zniknęła za drzwiami łazienki.

***

   Wymknęła się z wieży tuż po porannej toalecie. Z kapturem zasłaniającym pół twarzy ruszyła przez deszczowe ulice Jump City. Zatrzymała się w jej ulubionej kawiarence, gdzie zamówiła duży kubek zielonej herbaty i kawałek ciepłego ciasta. Wbrew pozorom Rachel wolała to przytulne, spokojne miejsce, ukryte z dala od ruchliwych ulic. Dziewczyna była niemal pewna, że Tytani nie mają pojęcia o istnieniu małego lokalu zarządzanego przez starszą kobietę z darem do pieczenia. Na myśl przyszedł jej zielony chłopiec. Musi go tu kiedyś przyprowadzić, na pewno zasmakuje mu szarlotka. Oh, albo przepyszny sernik z kakaowym akcentem… Ale teraz pierwszeństwo ma postawienie go na nogi. Czas poszukać odpowiedniego lekarstwa.

***

  Wróciła do wieży późnym popołudniem, dawno po obiedzie i, jak się później okazało, po akcji w mieście. Lider naskoczył na nią już od progu, twierdząc, że szlaja się nie wiadomo gdzie, a oni bez niej i Beast Boy’a musieli zmierzyć się z małym geniuszem, który starał się skraść jakieś środki chemiczne do eksperymentów. Cóż poradzi, że tym razem ma ważniejsze sprawy na głowie niż jakieś śmieszne kradzieże. I, o zgrozo, ona naprawdę tak myśli. Nieuleczalna choroba robiła coraz większe postępy rzutując na psychice Azarath’ki. Zbyła Richarda mówiąc, że mieli w zastępstwie Barbarę, więc na pewno akcja skończyła się powodzeniem, w końcu – jak to określiła – Barb jest niesamowicie uzdolniona pod względem sprawności fizycznych i pewnie powaliła by samodzielnie nawet takiego bezmózgiego osiłka jak Mamut.

   - Raven, mówię poważnie. – rzekł sztywno krzyżując ręce na piersi.

   - Ja również. Ona jest niesamowita. – fuknęła szyderczo, pochwyciła swoje dwie siateczki i ominęła przyjaciela.

   - Ugh, Raven. Chociaż noś przy sobie komunikator! – krzyknął za nią i kręcąc głową ruszył w stronę sali treningowej, gdzie czekała na niego rozgrzana Batgirl.

  Bez zbędnych ceregieli wtargnęła na terytorium Zmiennokształtnego, postawiła siatki na biurku i usiadła obok niego. Ściągnęła kaptur. Chłopak poprawił się, oparł plecami o ścianę i spojrzał kruczowłosej prosto w oczy. Przez chwilę toczyli wojnę na spojrzenia.

   - Płakałaś. – uśmiechnęła się nieznacznie – Masz zaczerwienione oczy. Płakałaś, Rae.

   - Przyniosłam ci coś na osłodę, no i oczywiście lekarstwo. – wstała energicznie, sięgając od razu do jednorazówek – Widzę, że czujesz się lepiej, ale nadal masz zadarty głos… Zaraz coś z tym zrobię.

   - Nie zmieniaj tematu. Przecież nie jestem ślepy. Star mówiła, że nie było cię na misji, w ogóle cały dzień cię nie było. Co się stało? Gdzie byłaś? I czy to wszystko…

   - Boże, Garfield. Byłam po lek, to wszystko.

   - W skrzydle są całe szafki lekarstw. A ty doskonale wiesz, że nie tknę żadnych pigułek.

   - Dlatego mnie nie było, załatwiłam coś innego. – spojrzał na nią z ukosa, roześmiała się. Wyciągnęła dwa duże kawałki placka z owocami leśnymi. – Zrobię do tego herbatę, ale najpierw kuracja.

   - Powiesz mi co się stało? Czy mam nękać cię do upadłego? – naciskał, przy czym jego głos zamieniał się w skrzekot. Usiadła z ciężką reklamówką. Spojrzała na niego z niemal niezauważalnym uśmiechem, rozbawiona jego niedoszłą reakcją. Wyjęła pokaźną żabę. – O Boże! O Boże! W czym ty ją nosiłaś?! – piszczał jak oszalały. – W tej plastikowej siatce?! Jak… Rae!

   - A w czym się nosi żaby? – zachichotała – Przecież była w klatce. Poza tym… Jakaś dziwna jest, no nie? Chyba powinna się odezwać, a tu nic. Mam nadzieje, że jest zdrowa.

   - Jeny, Rae. – wyrwał stworzonko z rąk dziewczyny – Pewnie jest przestraszona! Żaby też mają uczucia! – spojrzała na niego krzywo, miała nadzieje, że nie zaniesie się płaczem. W końcu to tylko zwykła żaba, jedna z wielu. – To mógłbym być ja!

   - Już nie pajacuj. Daj mi ją, jest potrzebna do uzdrowienia.

   - A w życiu! Co ty chcesz z nią zrobić?! Moja mała biedna żabcia… – przewróciła oczami. Co za cyrk, nie tak to planowała. Myślała, że pójdzie gładko, a tu taka niespodzianka.

   - Od wieków żaby są potrzebne do czarów! Nie wygłupiaj się, daj mi ją.

   - A więc chciałaś ją zabić! – wykrzyczał – I to na moich oczach! Chyba zaraz zemdleje.

   - Może i chciałam. – westchnęła znudzona – Tak się robi, okej? Przyzwyczaj się.

   - Do zabijania nigdy się nie przyzwyczaję. To złe.

   - A więc zmień towarzystwo, bo ja zabijam. – odparła – A ta głupia żaba równie dobrze mogłaby zostać rozjechana.

   - Nie. – pokręcił głową – Ty jesteś inna, zagubiona. I niewinna, przede wszystkim. – uniosła brwi do góry. Niewinna? Ona? Morderczyni? Ta, która zsyła nieszczęścia? To niemożliwe. W oczach zebrały jej się krople łez. – Hej, Rae… – chwycił ją za zimną dłoń – Jesteś ta dobra. Tak było od samego początku. No nie płacz, no. Rachel… Oh, już wiem! Znasz tą bajkę o księciu zamienionym w żabę? – wyszczerzył się – No, na pewno słyszałaś choćby wzmiankę. Został na niego rzucony urok albo coś… Nie pamiętam jak to było, ale mógł stać się znów przystojnym księciem tylko za sprawą pocałunku prawdziwej miłości. – brwi zostały wprawione w ruch – Ja jestem przystojny… I mogę być twoim księciem.

   - Przestań. – łzy zniknęły, udało mu się powstrzymać kolejny słony deszcz.

   - Całuj żabcie! – krzyknął i nim zdążyła cokolwiek powiedzieć przed nią skrzeczały dwie zielone żaby.

   Co za chora paranoja. Rechot nasilał się z każdą chwilą. Ma całować jakąś oślizłą ropuchę? Nawet jeśli to jest on… Fuj. No i co z jej leczeniem? Miała przenieść jego problemy z gardłem na skrzeczące stworzenie. Co z tego, że zostałby po żabce tylko trup? Byłby zdrowy. A teraz? Ten debil chyba sobie z niej kpi.

   - Garfield, proszę cię… Nie mam sił na twoje głupie zabawy. – odpowiedział jej tylko rechot.

   Całować czy nie?
Nie wie. A jeśli trafi jej się to obrzydliwe stworzenie a nie on? Poza tym nie każda żabka jest taka niewinna, może się zatruć. Skąd ma wiedzieć jakie skutki przyniesie jej kontakt z tą piekielną żabą? Ugh.

  Spojrzała na skaczące po łóżku stworzenia. I w co ona się wpakowała?
  Uniosła jedno z nich. Na chybił trafił, zdążyły ze sobą tak zatańczyć, że nie jest w stanie określić która z nich jest właściwa. Przyjrzała się podejrzliwie. Powoli zbliżała ją do ust, zacisnęła oczy. Serce waliło jak oszalałe, no i ten odruch wymiotny. W pewnym momencie myślała, że nie da rady, pochyli się i puści pawia na dywanik z niezidentyfikowaną plamą. A niech sobie jest tą głupią żabą do usranej śmierci.

   Zrobiła to. Pocałowała śliskie zwierzątko. I… I nic. Upuściła ohydztwo na podłogę.

   - Ugh! Garfield! – rozdarła się na całe gardło. – Ty kretynie! – zagotowało się w niej, normalnie widziała tą jego rozbawioną gębę! Zaraz go rozszarpie! Wtem stanął przed nią, momentalnie ciśnienie jej spadło by znów się podnieść. – Jak mogłeś mnie tak wystraszyć!

   - Przepraszam, niunia. – zaśmiał się – To było przekomiczne! Szkoda, że Cyborg tego nie widział. Uśmiałby się. – spojrzała na niego piorunująco, zamilkł.

   - Siadaj. – rozkazała, a on posłusznie wykonał polecenie – Powinnam cię teraz olać. Nawpychać ci na siłę tabletek i doprawić to zastrzykami! – uniosła się. Za ostro, wiedziała o tym. Zrobiła kilka głośnych wdechów, usiadła obok niego. – Wyleczę cię bez pomocy tego płaza czy co to tam jest. – zbliżyła się do niego, on znów wystraszony jej poczynaniami uskoczył w bok. – Nie zachowuj się jak dziecko. – mruknęła podminowana, przywarła go do ściany wbijając się w jego usta. Skupiła się na pozbawieniu go wszelkich boleści. Odkaszlnęła po chwili, przeniosła wszystko na siebie, jej organizm da sobie radę z taką błahostką jak ból gardła. W końcu jest… obdarowana nadludzkimi zdolnościami.

***

   Zdążyła uniknąć uderzenia nadciągającej pięści. Oparła się zdyszana o zimną ścianę. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała miarowo. Spojrzała na swój biust podkreślony wyciętą bluzką. Czy zwrócił uwagę na jej figurę? Specjalnie ubiera się tak, by podkreślić swoje kształty. Odgarnęła rude loki na bok.

   - Koniec na dziś? – zagadnął. Przeciągnął się podchodząc do niej. – Chyba jeszcze mi mało.

   - Mnie też, to tylko krótka przerwa. Wiesz, że miałam małe wakacje i nie trenowałam.

   - Jak na taką przerwę dobrze ci idzie.

   - Nie gadaj. – zaśmiała się zalotnie, położyła dłoń na jego spokojną klatkę piersiową. Czyżby w ogóle się nie zmęczył? Pchnęła go w tył. – Zaraz cię skopie. – Zaśmiał się unosząc dłonie ku górze.

   - Umm… Nie przeszkadzam? – zapytała kosmitka wchodząc do sali.

   - Jasne, że nie. – odparł natychmiastowo – Coś się stało?

   Barbara zauważyła jego nagłe ożywienie. Stała oparta sztywno o ścianę i ze zwieszoną głową wpatrywała się w swoje pomarańczowe buty. Olał ją. Pomimo ich wspólnie spędzonych lat, mimo tego co ich łączyło… Woli kogoś, kogo zna zaledwie kilka lat. Co za absurd. Nie przyjeżdżała tu po to, żeby patrzeć jak jakaś obca dziewucha się do niego klei. Odnalazła go by odzyskać utraconą miłość, ożywić w nim płomienne uczucie.

   - Barb? – dotknął jej ramienia, dopiero wtedy wyrwała się z natłoku myśli.

   - Hm? – spojrzała na jego usta, które kreśliły jakieś niezrozumiałe słowa. Chciałaby przywrzeć do nich, jak kiedyś. Ten jeden raz, powtórzyć to. Tym razem nie dla zabawy.

   Po chwili Richard opuścił salę w towarzystwie latającej istoty. Została sama. Mówił coś o jakimś filmie… Albo programie telewizyjnym. Obiecał, że to dokończą. Jasne. Głupia, nic nieznacząca Barb znów na drugim planie. Brakuje tylko, żeby ten chodzący kościotrup znowu wpieprzał się w jej plan. Pokręciła głową. W tej wieży jest o wiele za dużo kobiet.

***

   Mieli się spotkać w ustronnym miejscu na kamienistej plaży ich wyspy. Siedziała na kocu w kratę, obok leżały dwa kubki termiczne z herbatą. Słyszała jego kroki, zachwiał się potykając o jakiś kamyk prawie upadając. Uśmiechnęła się.

   - Pozbyłeś się tej głupiej ropuchy?

   - Zapewniłem jej odpowiedni dom. I przyniosłem dodatkowy koc, jest zimno.

   - To ty uparłeś się na zachód słońca.

   - Tak jest romantycznie, a my będziemy bardzo blisko siebie by utrzymać ciepło. – uśmiechnął się sprośnie – Mi to bardzo odpowiada. A tobie? – w odpowiedzi bąknęła coś niezrozumiałego, zaśmiał się – Uznam to za tak. Chodź tu, niunia. – zagarnął ją w swoje objęcia okrywając szczelnie puchatym kocem. Wtuliła się w niego, już wcześniej zauważył, że potrzeba jej bliskości. Szczególnie dziś. Chociażby zwykłego uścisku dłoni. Złożył długi pocałunek na czubku jej głowy. – Opowiesz mi co się dziś wydarzyło? – zaczął niepewnie, w końcu stąpa po cienkim lodzie, jak to zawsze bywa z Rae. Dziewczyna westchnęła.

   - Miałam zły sen… – podjęła się opowieści.

***

Po zdecydowanie za długiej przerwie wróciłam z tym… czymś.
Olejcie niedociągnięcia.

Życzę Wam spokojnych Świąt Wielkanocnych.
~Rachel.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii FanFiction

 

Hope.

07 kwi

Witam zgromadzonych.
Najpierw krótki komunikat.
Otóż… Z racji tego, że jest tu od dłuższego czasu pusto, a Rejczel zmaga się z tą cholerną matematyką – co w gruncie rzeczy w ogóle jej nie wychodzi. Postanowiłam dodać tu to, co napisałam w zeszły weekend. Niestety notki póki co nie będzie, będę się starała nabazgrać coś w święta. Ale co z tego wyjdzie… Niczego nie mogę obiecać.
W każdym razie, wrzucam krótkie opowiadanko (żadne z tego arcydzieło, ale na zabicie czasu chyba się nadaje). Jest tu tak pusto i smutno, że aż ja robię się jeszcze bardziej smutna.
Zapraszam zainteresowanych.

***

   Po raz kolejny przechyliła kieliszek z niebieskim płynem, słodki smak wymieszany z mocnym alkoholem rozniósł się po całej powierzchni języka. Po trzech drinkach myślała, że jest gotowa zmierzyć się z przytłaczającą ją rzeczywistością. Amanda McCourtney była zmuszona odwiedzić Folkestone tylko z jednego powodu, tylko to mogło spowodować jej nagłe wyrwanie się z monotonii obecnego życia, wyciągnąć z ciepłego, małego mieszkania w Yeovil.

   Każdy dzień dwudziestodwulatki wyglądał tak samo. Budziła się o szóstej czterdzieści pięć. Zanim wygramoliła się z puchatego posłania była za pięć siódma, ruszała biegiem do łazienki, gdzie zaliczyła poranny dziesięciominutowy prysznic, przed lusterkiem spędzała niecałe pięć minut nakładając tylko cienką warstwę kremu. Włosy wiązała w wysokiego, luźnego koczka, ubierała obowiązujący w pracy strój – żółtą spódniczkę i bluzkę z kołnierzykiem, ozdobione czerwonymi wstawkami, przy kieszonce na piersi zawsze zwisała jej plakietka z imieniem wypisanym JEJ zawiłym pismem. Wracała do domu około siedemnastej, po kolejnym mozolnym dniu w pracy ściągała buty, spódniczkę oraz bluzkę, rozpuszczała sięgające do ramion włosy i z zimnym piwem cytrynowym zasiadała przed telewizorem – to, na ilu piwach się kończyło zależało od dnia. Nie jadała już śniadań i kolacji, oduczyła się dobrych nawyków żywieniowych. Kryzys przyszedł, kiedy Meg wyjechała. Wtedy Amanda zaczęła topić smutki w alkoholu. Z czasem pojawiły się też imprezy – oczywiście oparte na procentach – oraz seks bez zobowiązań. Dopiero gdy wstrząsnął nią pracodawca opamiętała się. Zrozumiała, że niszczy sobie życie, zachowywała się jak gówniara, która chce zrobić na złość rodzicom. 

   Pociągnęła zaczerwienionym nosem, ostatnimi czasy sporo się napłakała, przy czym kurczowo ściskała puchową poduszkę w niebieskie żyrafy. Sięgnęła do torebki, zostawiła na blacie dwa banknoty i okręcając się na krześle barowym ześlizgnęła się na podłogę. Zachichotała zadowolona, tym razem nie utraciła równowagi. Rozejrzała się po knajpce w poszukiwaniu zegara, przy okazji prześledziła wzrokiem nielicznych mężczyzn z zimnymi browarami zajmujących kilka stolików. W końcu, tuż nad drzwiami, zauważyła średnich rozmiarów zegar z czarnym obramowaniem wybijający godzinę jedenastą. Zostało jej pół godziny by dotrzeć na miejscowy cmentarz. Poprawiła, zdecydowanie za krótką jak na takową okazję, czarną spódniczkę, zgarnęła swoją marynarkę, po czym wyszła z baru.

   Był środek lata, bezchmurne niebo tylko podkreślało upał jaki nawiedził miasteczko. Miała ze sobą tylko małą butelkę wody mineralnej, która musiała wystarczyć na całą drogę. Skrzekot ptactwa i głośne nawoływania dzieci bawiących się w okolicy nasilały się w ciężkiej głowie Amandy. Świat zawirował raz, potem drugi i trzeci. Podparła się znaku drogowego. Była przemęczona, niewyspana, niedożywiona, a dodatkowy stres doprawiony sporą ilością alkoholu tylko pogarszał sprawę. Nie przemyślała tego. No właśnie, nie pomyślała o niczym istotnym w tym momencie. Nie ma kwiatów ani innych pierdół, którymi obdarowuje się zmarłego. Co więcej – cuchnie od niej alkoholem, a Megan nie lubiła, kiedy była wyraźnie odczuwalna ostra woń trunku.

   Cholera. I jak ja jej się teraz pokażę?

***

   Odłożyła mały plecaczek wraz z marynarką na jedno z wolnych krzeseł w chłodnej kapliczce. Chwiejnym krokiem zbliżyła się do otwartej trumny tuż przy ustrojonym kwiatami ołtarzu. W tle słyszała tylko popłakujących żałobników oraz stukot swoich czarnych szpilek. Zmierzyła wzrokiem obecnych ludzi, nikt nie zwrócił na nią większej uwagi. Podparła się dębowej trumny, zajrzała do środka.

   Megan.

   Jej kochana Megan… Nie widziały się pięć lat, a ona w ogóle się nie zmieniła, zupełnie jakby czas zatrzymał się specjalnie dla niej w dniu, w którym postanowiła opuścić ich wspólnie wynajmowane, małe mieszkanko na poddaszu. Amanda marzyła o spotkaniu. Wiele razy układała sobie w głowie potencjalne natknięcie się na nią. A teraz… Wreszcie ją zobaczyła. Tylko okoliczności są strasznie beznadziejne.

   Dotknęła bladej, zimnej dłoni z paznokciami zabarwionymi żółtym lakierem. Meg uwielbiała ten kolor, mówiła, że kojarzy jej się z pięknymi słonecznymi dniami, jakie spędzały wspólnie nad jeziorem. Kochała ten kolor, ponieważ był to ulubiony kolor jej zmarłej przed laty matki. Żółty oznaczał dla niej zapowiedź nowego, szczęście, radość, miłość. W głowie Amandy odbiło się wspomnienie z czasów ich wspólnej przeprowadzki na owe poddasze, właśnie wtedy wymalowały sufit na żółto – aby szczęście wiecznie wisiało nad nimi. Podczas ich pierwszego spotkania Meg miała bluzkę w tym kolorze, przyciągała uwagę każdego.

   Delikatne ciało ułożone zostało na białym puchu tak, jak gdyby unosiło się nad nim. A może to ów puch, wcale nie był puchem tylko czymś innym. Czymś, czego Megan nie jest w stanie zdusić. W luki pomiędzy ciałem a dębowymi ściankami trumny powkładano fiołki, które niedługo również wyzioną ducha. Amanda sięgnęła pamięcią wstecz, jednak nigdzie nie widziała fioletowych kwiatków. Dlaczego więc właśnie one zostały uwzględnione?

   Musnęła opuszkami palców jej mięciutkich policzków, spojrzała na lekko zabarwione, pełne usta i  podkreślone tuszem rzęsy.  Bujne blond loki okalały jej okrągłą twarz. Taka spokojna, taka cicha… Nawet podczas snu nie wyglądała tak niewinnie. To wszystko jest tak bardzo odległe od rzeczywistości. Jej dźwięczny śmiech cały czas roznosi się w głowie Amandy, tak jakby przed chwilą udało jej się rozśmieszyć zmarłą, a ta nie mogła się powstrzymać i na własnym pogrzebie wybuchnęła śmiechem. I, o zgrozo, to niedorzeczne, ale przez chwile zdawać by się mogło, że Megan faktycznie się uśmiechnęła. Jednakże wytłumaczenie jest proste – za dużo alkoholu.

   Przybliżyła twarz do pogrążonej w błogim śnie dziewczyny. Nie wyczuwała już intensywnego zapachu jej ulubionych perfum, czuła tylko te przeklęte fiołki. Zastygła przez moment w bezruchu wolno chwiejąc się nad ciałem zmarłej, zupełnie jakby czekała na jej nagłą pobudkę.

   Meg, wstawaj! Naleśniki czekają w kuchni! 

   - Przepraszam panią. – odezwał się kapłan, na co serce podskoczyło jej do gardła. Czyżby powiedziała to na głos? Jest pijana, ale chyba nie aż tak… – Moglibyśmy zaczynać? – spojrzała na niego z widoczną ulgą, po czym nachyliła się jeszcze bardziej składając ostatni pocałunek na zimnych ustach Megan.

   Nabożeństwo wydawało jej się zadziwiająco krótkie. Była chwila przymusowej paplaniny prowadzącego ceremonię, podczas której Amanda błądziła gdzieś między jawą a snem w poszukiwaniu zacierającego się głosu Meg. Doskonale pamięta jej mimikę twarzy, nawet sposób w jaki chodziła czy wykonywała codzienne czynności – przed chwilą nawet zdawało jej się usłyszeć śmiech zmarłej, a teraz? Pustka. Zadziwiające, jak z biegiem chwil można wymazać z pamięci coś tak cudownego jak głos ukochanej. Grupka ludzi podążająca za trumną, wyśpiewująca pieśni pożegnalne również nie zrobiła na niej żadnego wrażenia. Z kamienną twarzą spoglądała a spuszczaną w dół trumnę, ludzi składających wiązanki, przytulających się wzajemnie i wymieniających oklepanymi kondolencjami. Nie pasowała do nich. Nie czuła nic. Przez cały pogrzeb nie uroniła ani jednej łzy. Czy to oznacza, że jest bezduszną suką? Kochała Megan całą sobą – duszą i ciałem – nieokazywanie uczuć w tej sytuacji może mieć tylko jedno usprawiedliwienie. Amanda nie jest do końca świadoma tego, co ją otacza. Tak naprawdę nie wierzy, by prawdziwa Megan właśnie leżała sztywna kilka metrów pod ziemią. Podobno jest nam łatwiej uporać się ze śmiercią bliskiej osoby, jeśli dane jest nam pożegnać się z nią. Przekonanie się na własne oczy o autentyczności zgonu pozwala na głębsze zrozumienie śmierci, która akurat nam wyszła na spotkanie. Śmierć staje się rzeczywista, rozumiemy, że to koniec pewnego rozdziału jakim była dana osoba; stajemy się świadomi, że śmierć nas dotknęła. Jednak w przypadku Amandy McCourtney jest zupełnie inaczej – ta sytuacja wydaje się irracjonalna. Mimo, że zobaczyła piękną Meg, dotknęła jej zimnego ciała i prowadziła z nią wyścig w wir wspomnień – nie udało jej się zakodować w mózgu faktu, że Megan już nigdy nie otworzy swych szafirowych oczu. Toż to niemożliwe, by ktoś taki jak Megan mógł tak po prostu umrzeć. Osoby tak energiczne, kipiące życiem, pragnące nowego porywu wiatru wydają się nieśmiertelne. Ona musi żyć.

   Od razu w głowie dziewczyny zrodził się pewien absurdalny pomysł – skoro wykluczyła śmierć ukochanej, obecna chwila jest tylko teatralną sztuczką. Na dodatek – o ile pamięć ją nie myli – kiedy zadzwonili z domu pogrzebowego, by zawiadomić o nagłej śmierci Megan, nikt nie wspomniał w jaki sposób umarła. Upozorowanie nagłej śmierci można szybko zorganizować. Mogli podłożyć jakąś kukłę, albo Meg była na tyle zdesperowana, że zdecydowała się położyć w upiornym miejscu, zakopać z butelką tlenu i… I co dalej? Ktoś pomoże jej wydostać się stamtąd. Tylko po co miałaby organizować taką szopkę? Jeśli chciała zniknąć bez śladu z pewnością zrobiłaby to perfekcyjnie. Amanda doskonale pamięta dni, kiedy wspólnie oglądały seriale kryminalne, thrillery psychologiczne i tego typu rzeczy. Meg śmiała się powtarzając w kółko, że pewnego dnia, kiedy już będzie miała dość swojego życia zrobi jak niejeden z bohaterów filmowych – ucieknie, zatrze wszelkie ślady, zerwie kontakty, zmieni nazwisko i tak dalej. Mogła to zrobić. O tak, mogła. A cały ten śmieszny pogrzeb… Chciała się tylko zabawić naiwniakami.

   Zabawne, Meg. Prawie się nabrałam.

***

   Minęła godzina, którą spędziła oparta o drzewo naprzeciwko świeżego pochówku. Całą drogę z przydrożnej knajpki przecierała mokre czoło nawołując o schronienie w zacienionym, chłodnym miejscu. Miejsce spoczynku miało w sobie ten jeden plus – drzewa dające cień, gdzie mogła schować się przed płonącą gwiazdą. Grupka żałobników zdążyła się rozejść, oprócz barczystego mężczyzny z towarzyszącą mu dziewczynką. Zamknęła oczy starając się przywołać obraz z kapliczki, mimo swych starań nie widziała go tam. Chociaż będąc w obecnym stanie nie może określić kogo widziała, twarze zmieszały się, jak lody czekoladowe z waniliowymi pod wpływem ciepła. Powstała breja z ludzkich ciał.

   Miała dość czekania aż ta dwójka odejdzie, pani McCourtney zdecydowała się podejść. Przyjrzała się uważnie wieńcom pogrzebowym z wypisanymi pochyłym pismem pożegnaniami. Krzyż, którym zostało oznaczone miejsce spoczynku Meg najbardziej przyciągnął jej uwagę. Napis głosił: „Świętej Pamięci Megan Maye”.

   Maye? 

   Przecież to nie miało sensu. Zmieniłaby nazwisko? Tylko po co? Być może w zakładzie pogrzebowym zaszła mała pomyłka, a żałobnicy nawet jej nie zauważyli. Chociaż kiedy weźmie się pod uwagę wcześniejsze teorie dotyczące jej śmierci… To wszystko nie ma sensu. Tak czy siak, dla Amandy ona zawsze pozostanie Megan Carter, osobą która zaginęła bez śladu, tak jak tego chciała, a ona – Amanda – ma teraz cel. Odnaleźć kochankę.

   - Dzień dobry. – wydusiła z siebie mała istotka. Złociste włosy upięte miała w dwie wysoko osadzone kitki, które otaczały jej pulchną, zaróżowioną buźkę wyrażającą niezrozumienie obecnej sytuacji. Amanda uśmiechnęła się na myśl, że w tej oto niewiarygodnej sytuacji znalazła kogoś, kto również nie poukładał sobie jeszcze myśli. – Chcesz cukierka? – zapytała radośnie wsuwając pulchną dłoń do kieszonki granatowej sukienki – Mam truskawkowe, są bardzo kwaśne.

   - Kochanie, daj pani spokój. – zareagował wysoki, porośnięty rdzawą brodą mężczyzna. – To nieładnie…

   - Nic się nie stało. – sprostowała – Serio. Z chęcią poczęstuję się cukierkiem. – wyciągnęła dłoń w stronę mężczyzny – Amanda McCourtney. – wyrecytowała melodyjnie. To niesamowite, jak za sprawą odrobiny alkoholu człowiek staję się odważniejszy. Amanda nigdy nie nawiązywała rozmowy z obcymi, nawet jeśli pytali o drogę, co zawsze bawiło Meg Carter. Brodaty przeniknął ją piwnymi tęczówkami, następnie uścisnął delikatnie dłoń kobiety, jakby bał się, że silniejsze ściśnięcie wyrządzi drobince ogromną krzywdę.

   - Roger Maye.

   Maye.

***

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ...

 

Rozdział 22.

08 gru

Dopiero dwa dni później zdecydowała się opuścić swą kryjówkę, a powodem był podniesiony głos Cyborga nakazujący przyjacielowi zażycia jednych z jego środków zapobiegających dalszemu rozwojowi choroby. Zarzuciła na ramiona ciemną pelerynę i niepewnym krokiem zbliżyła się do gigantycznych drzwi. Nie otwarła ich, nawet nie uchyliła, nie wyjdzie skoro wie, że może się narazić na niechciany kontakt z liderem i tą jego cudowną przyjaciółką sprzed lat. Postanowiła czekać, czekać i nasłuchiwać.

- Bestio, chłopie, nie zgrywaj się i weź te cholerne tabletki. Gorączka cię pożera, a ty, uparty jak ten osioł, tylko narażasz się na… – urwał w pół zdania, jakby zatkano mu czymś usta, dopiero po chwili dodał krótkie „pożałujesz tego, gnojku”. Rachel odczekała jeszcze kilka minut, po czym uchwyciła słuchem otwierające się drzwi, była przekonana, że to właśnie Cyborg, zrezygnowawszy z dalszego starcia z Zielonym, wychodzi. Wtedy energicznie wyłoniła się z ukrycia.

- Co z nim? – wyszeptała, jednak na tyle głośno by robot mógł usłyszeć. Odwrócił się na pięcie w jej stronę, wskazał ludzkim okiem na tace z lekami w metalowych dłoniach.

- Cierpi na debilizm zaawansowany, to oznacza jego koniec. – wygłosił sztywno diagnozę, czym skojarzył jej się z niejednym lekarzem z filmów, który delikatnie daje do zrozumienia rodzinie pacjenta, że mogą szykować trumnę. Westchnął. – Nie chce wziąć leków, to kretyn, miałaś racje. Zwija się w gorączce, krztusząc się kaszlem, ale nawet to nie zmusi go do tych cholernych dwóch tabletek! – Gdyby pół-robot posiadał promienie w oczach, jak pewna kosmitka, taca z wodą i pigułkami zostałaby właśnie podpalona. To tylko dowód jeden dowód jego zdenerwowania i wielkiej troski o brata z wyboru. Mechanicznym palcem wystukiwał rytm, bardzo denerwujący.

- To może… ja spróbuje go przekonać. – kruczowłosa zrobiła kilka kroków w przód, chwyciła drobnymi palcami szarą, niewielką tackę spoglądając pytająco na współlokatora. Skinął głową, ukazując łysinę.

***

Podwójnie stuknęła kościstymi palcami w zimne drzwi, po czym bez zastanowienia wdarła się do pomieszczenia. Na podłodze leżał stos zużytych chusteczek higienicznych, walające się w kontach ubrania, papiery. Na łóżku leżał zawinięty w kokon Garfield. Zamknęła za sobą drzwi, cichutko podeszła do łóżka siadając na nie.

- Cyborg, mówiłem ci, że… – zaczął zachrypniętym głosem, odłożyła tace na stos kartek leżących na biurku.

- To ja, czyścioszku… – wyszeptała, ułożyła dłoń na ramieniu okrytym kocem. Odwrócił się delikatnie, wysilił by otworzyć zaspane oczy, a twarz ułożyć w nieznanym jej jeszcze grymasie. – Ależ się rozchorowałeś! Masz gorączkę podobno. – przyłożyła lodowatą dłoń do rozpalonego czoła, po czym szybko zgarnęła ją uciskając drugą, można powiedzieć, że się poparzyła.

- O Boże! – wykrztusił zanosząc się kaszlem – Miało cię tu nie być, nie możesz oglądać mnie w takim stanie! Jaaa-a psik! – uśmiechnęła się ponuro na ten widok, pozwoliła sobie znów dotknąć rozpalonego czoła – Ścięłaś włosy.

Rzeczywiście, włosy Azarath’ki nie były już tak długie ani śnieżnobiałe. Wczoraj odwiedziła ją Jinx zaopatrzona w nożyczki i na życzenie pomogła jej pozbyć się uporczywych włosów. Co dziwniejsze, kiedy ucięła pierwszy kosmyk, włosy upadając na podłogę zmieniły kolor z białego w czerń, przy czym wyglądały jak kwiat, który więdnie w nadzwyczajnej prędkości. Teraz cieszyła się swoim dawnym odcieniem, tu też włosy same z siebie zmieniły kolor. „Zetniesz włosy, jeśli powiem, że ładnie ci w długich?”, odpowiedziała, że tak. Choć teraz miała pewne wyrzuty, stała się niezadowolona z podjętej decyzji, zupełnie jakby zależało jej na sympatii kogoś takiego jak on. Przecież nie tak dawno temu… Ale co ma do rzeczy przeszłość? Roth znów zagubiła się we własnych myślach. Spodobały jej się pozytywne komentarze na temat wyglądu, którymi co jakiś czas obdarowywał ją Beast Boy, dlaczego więc popełniła tak głupi błąd ścinając włosy, które mu się podobały? Odpowiedzieć na to nie potrafiła, być może chciała zwrócić na siebie więcej uwagi…

- Nie uważasz, że czas wziąć leki? Nie będziesz się tak męczyć i…

- Nie uważasz, że leki tylko nas zatruwają? Rae, ja mam swoje zdanie na ten temat. – pociągnął nosem, na co dziewczyna okręciła się kilka razy wokół w poszukiwaniu chusteczek. Wyciągnęła się zauważywszy je na końcu łóżka, sięgnęła po kolorowe opakowanie i podała mu kilka. – Nie patrz na mnie. – rzucił markotno i dopóki nie odwróciła od niego wzroku, nie raczył oczyścić nosa. Gorzej niż dziecko – pomyślała.

- No więc?

- Co? – mruknął podcierając nos, wyrzucił chusteczkę na środek pokoju.

- Weź te leki. – chwyciła zieloną, ciepłą dłoń. – Proszę, Garfield. To dla twojego dobra. – westchnęła widząc jego uparte spojrzenie.

- Wyrzucałem je. No wiesz, tabletki, które przynosił mi Cybuś. – wyznał śmiertelnie poważnie. – Uchylałem okno i wyrzucałem, albo chowałem do kieszeni i spłukiwałem w toalecie jak już tam trafiłem. Miałem nadzieję, że samo mi przejdzie, ale chyba jest gorzej niż było. – odchrząknął. Spojrzał w jej błękitne oczy, przypominające mu jego dawne życie. Przecież też miał błękitne tęczówki, teraz pokrył je kolor nadziei, co nie zmienia faktu, że nadal są żywe jak kiedyś, pomimo trudnych lat, ciężkich chwil, zachował radość małego chłopca. – Nie lubię siedzieć w skrzydle, wiesz? Robcio stwierdził, że mogę zostać u siebie, przecież to nic groźnego, zwykły katar. Miałem tylko brać leki, ale ja nie mogę, rozumiesz? Nie mogę. Rae, to tak bardzo przypomina mi rodziców, ich walkę o moje życie. Te chwile bólu, ich strach w oczach… Chcieli zatrzymać mutacje, choć trochę zmniejszyć ból, który nie dawał mi wytchnienia. Nie chcę… – urwała wypowiedź składając mu zimny pocałunek w czubek głowy, nie chciała pokazać, jak wzruszyło ją te kilka zdań, które kiedyś nie wywołałyby żadnych emocji, niestety jej mur został zniszczony. Zrozumiała już wszystko. To, co przechodził w przeszłości odbiło się na jego psychice, teraz nawet witaminy czy leki przeciwbólowe kojarzyły mu się z okropnymi męczarniami jakich doznawał. Nie wiedziała tylko, że ten krótki całus, w tej właśnie chwili nostalgii przypomni mu nieżyjącą matkę.

- Przesuń się. – wycedziła. Odkryła ramiona zawieszając pelerynę na oparciu łóżka i widząc jego zdziwienie sama wtargnęła w środek kokona, czemu towarzyszyły jedynie pomrukiwania Garfielda – „zarazisz się”. Wtuliła się w ciepłe ciało chłopaka, wsłuchując się w szybkie bicie jego serca. Zabawne, ona tak samo reaguje na bliższy kontakt z nim, serce przyśpiesza, oddech staje się nierówny, a temu wszystkiemu towarzyszy tak dziwne uczucie w żołądku. Rachel jeszcze nie wie, że takowe skurcze żołądka zwiastują ciężki przypadek nieuleczalnej choroby.

***

Obudziła się kilka godzin później, kiedy oślepiające promienie zachodzącego słońca wdarły się do dusznego pomieszczenia. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że mógł ktoś tu wejść, gdy, nie wiedząc kiedy, usnęła otulona zielonymi ramionami. Spała z nim, w jednym łóżku z mężczyzną. Nie do pomyślenia! Gdyby była zwykłą Azarath’ką, a jej matkę choć w najmniejszym stopniu interesowałaby jej osoba, zapewne dostałaby po uszach za tą sytuację. To nie powinno mieć miejsca niezależnie od tego, czy ma rodziców oraz czy znajduje się obecnie na Azarath. Tak chwaliła sobie surowe zasady z domu rodzinnego, a jednak lider ma racje. „JESTEŚMY NA ZIEMI!” – powtarzał, kiedy ona czy też Star przypominały sobie inne zasady, choć to rzadko zdarzało się Raven. Przetarła zaspane oczy, spała lepiej niż kiedykolwiek, to trzeba przyznać. I nie miała koszmarów, co więcej zdaje się, że śniła o czymś przyjemnym. Uśmiechnięta na wspomnienie cudownych marzeń sennych niechętnie wygramoliła się z silnego uścisku Bestii, wstała ogarniając pomieszczenie wzrokiem. Szybciej wyzdrowieje, jeśli zrobi się tu porządek – przeszło jej przez myśl, oto sama zauważała swoją dziwną przemianę w stosunku do zielonego chłopca; z lodowatej w ciepłą, troskliwą osobę. Nie do pomyślenia! Otuliła go szczelniej kocem, przyłożyła rękę do czoła by przekonać się o swojej racji. Udało się, uśmiechnęła się pod nosem, pozbyła się gorączki. Wskoczyła w swoje tradycyjne obuwie. Leniwym ruchem dłoni wyczarowała niebieski worek i zgarnąwszy do niego wszystkie śmieci teleportowała plastik prosto na śmietnik. Uchyliła okno, wreszcie wpuszczając odrobinę świeżego powietrza, można umrzeć w tej duchocie! Nitka czarnej energii oplotła wszystkie ubrania porozrzucane po kątach pokoju prowadząc je prosto do pralni. Od razu lepiej. Znów stanęła przed nim w samych bodach, leżał z rozchylonymi wargami, rozwalony wzdłuż i wszerz. Wpatrywała się dłuższą chwilę w powyginaną sylwetkę chłopca, po czym szybkim ruchem owinęła się ciemnym materiałem. Chwyciła zimną tacę z lekami, odsłaniając niedokończony szkic jakiegoś rzadkiego zwierzęcia, podeszła do okna i przez szparkę pozbyła się medykamentów.
Wychodząc rzuciła mu spojrzenie przepełnione empatią. Czas na prawdziwe leczenie – zadecydowała.

***

1316 słów. Myślę, że nieco lepszy niż poprzedni.

~Rachel.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii FanFiction

 

Rozdział 21.

01 lis

- A więc to tu! Twoje miejsce na Ziemi… Nie spodziewałabym się, przyznaje. – mówiła zataczając dłonią kółka w powietrzu, drugą ręką kurczowo trzymała ramię przywódcy, nie odstępując go na krok; żwawo kroczyli przez pusty korytarz, niosąc za sobą echo rozmów.

- To właśnie tu. – potwierdził krótko – Raven, dołącz do nas. – zauważywszy me istnienie skinął na mnie, spowalniając kroku. Pochłonięty dawno niewidzianą przyjaciółką poświęcił jej swoją uwagę dyskutując przez całą drogę do wieży. To o przeszłości; to o zajściu w mieście, gdzie w rolę bohatera wcieliła się Batgirl; o przestępczości; o teraźniejszości; ich przygodach; rodzinie; o przyszłości. Fascynujące jak szybko przebiera językiem wypuszczając nowe słowa, w kółko i w kółko, a jemu chyba to jeszcze nie zbrzydło. I tak oto jestem znów w wieży, po nieprzespanej nocy, niepotrzebnie przebudzona przez alarm, podążam cały czas za parą przyjaciół wysłuchując paplaniny Barbary Gordon. Oczywiście dziewczyna przedstawiła się jako Batgirl, na własną rękę musiałam się dowiedzieć jak ma na imię, co nie umknęło uwadze lidera.

Z hukiem otwarły się drzwi do pokoju wspólnego – Starfire ubrana w zwiewną, białą sukienkę, pięknie kontrastującą z jej odcieniem skóry, przyglądała się obejmującej się wzajemnie parze przyjaciół. Richard przyodziawszy twarz w delikatny uśmiech ruszył wraz z Barbarą ku ukochanej.

- Star, kochanie; to moja przyjaciółka z Gotham, Barbara. – spojrzał badawczo na kosmitkę, po czym skierował maskę na mnie. Wypuściłam nadmiar powietrza, z pewną, niejasną dla mnie, ulgą.

- Barbara? – zawtórowała słodkim tonem – Bardzo mi miło Cię powitać, przyjaciółko! – zamiast uścisnąć wystawioną ku niej dłoń Barbary, rozpromieniona tamaranka wyściskała ją jak członka rodziny; co całkiem śmiesznie wyglądało, zważywszy na ich różnice we wzroście.

- Pewnie już o mnie słyszałaś. – rzuciła półżartem, a jednak odczułam, że gdzieś w głębi była uświęcona w przekonaniu, że lider wspomina nieraz o jej osobie. – Dicky… – i tu, jak na zawołanie z salonu dało się słyszeć wybuch śmiechu, jak się okazuje, grających chłopców. Przekrzykiwali się powtarzając w kółko „Dicky”. Starfire poluzowała uścisk, lider wykrzywił się w niezadowoleniu, a ja ruszyłam pewnym krokiem w stronę hałasu.

- Tak właściwie – zaczęłam złośliwie będąc już przy naszym gościu – to nikt nie słyszał o tobie nawet wzmianki.

***

W południe Jump City utonęło w deszczu. Oglądałam sunące po szybie okazałe krople wody, jednocześnie uciekając myślami gdzie popadnie byleby nie słuchać paplaniny przywódcy na temat jego cudownej przyjaciółeczki. Od samego rana siedzi i chyba nie zamierza usunąć swoich czterech liter z MOJEGO domu. Sama Starfire przyjęła ją bardzo czule, jak to zazwyczaj bywa zajęła się nią jak kiedyś Terrą, gość umówił się nawet z Zielonym i Cyborgiem na wspólną rundę jakiejś dziecięcej gry, a nawet śmiała ustalać grafik lidera namawiając go na wspólny trening późnym wieczorem. Tylko ja obserwowałam ją z podejrzeniem, nie wdając się w niepotrzebne rozmowy. 

- Raven, słyszysz? – dotknął dłonią mojego ramienia, drgnęłam całym ciałem przesuwając wzrok na niego. – Barbara zostanie na jakiś czas, chciałbym żebyś była dla niej milsza. – no pięknie…

- Co to znaczy „na jakiś czas”? Przecież mamy już Jedwabka. – przewróciłam oczami.

- Rae, proszę cię… – załamał ręce w geście bezradności – Myślisz, że ten twój tekst dobrze zniosła? Było jej przykro.

- O jejku… Żeby się nie pocięła. Szybko! Biegnij jej z pomocą! – zaczęłam wymachiwać rękoma drwiąc z nich. Chyba jej nie lubię…

- Raven! – zakrzyknął. Oczy rozszerzyły mi się momentalnie, stanęłam w bezruchu. – Prosiłem, żebyś przestała. Barbara to nasz gość i…

- I co? Mam ją okłamywać, mówiąc, że tęskniłeś? Że tak ci jej brakowało? Guzik prawda! Przecież…

- Cisza! – przerwał moją wypowiedź – Od tej chwili masz być dla niej miła. To rozkaz. – zlustrowałam jego kamienny wyraz twarzy kilkakrotnie, jednak tym razem nic nie potrafiłam z niego wyczytać. Zastygliśmy w bezruchu, wśród ciszy przerywanej coraz rzadszymi uderzeniami kropli deszczu. Wpatrywałam się w stojącego przede mną przywódcę, w końcu ruszyłam do drzwi.

- Jak sobie życzysz, liderze. – wyrecytowałam sztywno, stanęłam w otwartych drzwiach. – Chociaż to nie na tym polega. A ty… – zaczęłam mierząc wzrokiem całą jego sylwetkę, wpatrywał się w miejsce, gdzie przed chwilą stałam. – …przecież masz mnie, Richard. – wydusiłam ledwo słyszalnym głosem, energicznie usunęłam się z przejścia zostawiając go samego.

Ruszyłam pustym korytarzem w rytm własnych kroków. Nie pokaże się tam. O nie, nie wyjdę z pokoju aż ona stąd nie odejdzie. Nikt jej tu nie chce, nawet Star siedzi z nią tylko ze względu na Richarda. Co za bezsens!

- A psik! – usłyszałam wydostające się z mroku korytarzy głośne oznaki wczesnej choroby. – A psik! – ruszyłam w stronę odgłosów natrafiając w końcu na przemokniętego Garfielda.

- No pięknie… – rzuciłam przewracając oczami, mogłam się tego spodziewać.

- Cześć Rae… – pomachał dłonią w szarej rękawiczce, teleportowałam ręcznik i podchodząc do niego otuliłam jego głowę w miękki materiał. Przywierając fioletowym ręcznikiem do zielonych włosów zwróciłam uwagę na sunące wzdłuż zielonego policzka kropelki, wygląda tak… seksownie… aż poczułam delikatne uderzenie fali gorąca. – Nie wiedziałem, że się rozpada. – zaczął psuć dobry moment na pocałunek. Ehh… –  Byłem… A psik! – rozpiął bluzę wyciągając z niej nowy egzemplarz jakiegoś komiksu, uderzyłam otwartą dłonią w czoło. – Chyba będę chory.

No coś ty…

***

Wróciłam z rozdziałem. Nie będę się rozgadywać, obiecuję.
Wybaczcie jakość notki i jej długość… Poprawię się jak… jaaaak… „Wrócę do formy”. c’:
A no i… i w sumie zapomniałam co chciałam napisać – żadna nowość. Eeee…

To tyle!

Pozdrawiam!
~Rachel. 

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii FanFiction