RSS
 

Rozdział 27.

23 lip

   Titans Tower – takie piękne miejsce. Wyspa na uboczu, usłana wyszlifowanymi kamieniami, w tym zaciszu wznosi się szklany dom piątki przyjaciół. To właśnie tu czas jakby stanął w miejscu. To tutaj zostali zaatakowani, tu dokonała się kolejna zdrada. Kolejny bolesny cios, a po nim niegojące się rany.

   Przybył, kiedy było już po wszystkim. Przeciwnik, kierowany nakazami swego pana, dawno się wycofał. Pozostawili po sobie tylko wszechobecny bałagan oraz bitwy toczone w głowach Tytanów. Rzucił kaskiem w bok, spoglądając po zmęczonych, poranionych członkach drużyny. Narastał w nim coraz silniejszy gniew kierowany ku swojej osobie, za to, że nie był z rodziną, kiedy ta go potrzebowała oraz złość na Barbarę. Skinął głową w stronę opierającej się o ścianę Jinx, na znak wdzięczności za okazałą pomoc, bo jak się domyślał tak właśnie zrobiła. Pomogła, chociaż on jej nie chciał, mimo jego ostrych słów i wrogiego nastawienia. Spojrzał w oko Cyborga, w którym odmalował się pewien rodzaj nieokreślonego żalu. Victor rzucił w kąt bliżej nieznany przedmiot, odprowadzając przywódcę wzrokiem. Richard rozejrzał się wokół, nigdzie nie dostrzegł Raven i Bestii, to źle wróżyło. Podszedł do kosmitki, która w tej chwili odgarniała pozostałości po niegdyś stojącej tu ścianie. Zdawała się w ogóle nie zauważać swojego partnera, a przynajmniej starała się – chciała skoncentrować się na pracy i odrzucić przytłaczające ją uczucia. Otworzył usta, a kiedy uświadomił sobie, że nie bardzo wie co powiedzieć, zamknął je.

   - Nie musisz nic mówić, Robinie. Poradziliśmy sobie. – przełknęła narastającą gulę w gardle. Nie potrafiła zrozumieć, jak ktoś kogo nie widział tyle lat mógł sprawić, że porzucił drużynę w tej chwili. Jak mógł zostawić ją w ich rocznicę? A najgorsze w tym wszystkim jest to, że Barbara to wszystko ukartowała. Zacisnęła pięści, miała ochotę wbić płonącą dłoń w klatkę piersiową byłej dziewczyny Richarda. Odrzuciła jednak tę okropną myśl, rozluźniła napięte mięśnie. – Jinx nam pomogła. – spojrzała na różowowłosą, która w rzeczywistości nie zjawiłaby się, gdyby nie czysty przypadek. Jinx zaczerwieniła się delikatnie, wszyscy ją wychwalają, a ona po prostu przyjechała po Vicotra, miała dość czekania jak na księcia z bajki. – Nasz przyjaciel Bestia został ranny. – zakomunikowała zmartwiona – Wybacz, Robinie, ale mamy sporo roboty. Myślę, że rozmowa może poczekać.

***

   - Chcesz zostać? To tylko mały zabieg, potrzymasz go za rękę i może nie będzie się aż tak mazać. – rzucił Cyborg wchodząc do skrzydła.

   - Nie. – odparła pośpiesznie, zażenowana komentarzem przyjaciela – Chciałam tylko upewnić się, że to nic poważnego. – wstała ociężale z krzesła ustawionego tuż przy łóżku Zielonka. Uśmiechnęła się do niego blado, jednocześnie unikając natrętnego spojrzenia Cyborga.

   - Możesz zostać, Rae…

   Przebierała nerwowo swoimi bladymi, kościstymi palcami, których paznokcie zostały ozdobione elegancką czernią. Nogi zwisały jej bezwładnie z krawędzi dachu, muskane zimnymi podmuchami wiatru. Przed oczami miała czerwoną dziurę w zielonym udzie Garfielda, gdzie utknął odłamek metalu. I krew, dużo krwi. Ściekająca czerwona ciecz otuliła zieloną nogę i kapała leniwie w dół, na zimną posadzkę. Zacisnęła usta w wąską linię, napięła mięśnie swego ciała. To tylko mały zabieg, nic nadzwyczajnego. Przecież już nie raz był łatany przez Cyborga. Starała się uzmysłowić sobie, że naprawdę nic mu nie grozi, że jest w dobrych rękach, a przede wszystkim, że nie poczuje bólu. Mimo, że widziała tylko urywek jego wspomnień – który na dodatek w tym momencie zmieszał się z dręczącymi ją myślami, przez co nie potrafiła odróżnić teraźniejszości od przeszłości – to śmiało może stwierdzić, że Garfield Mark Logan przeszedł już swoje piekło, tutaj, na Ziemi. Przeklęła w myślach dzień wypadku, który uczynił ze zwykłego chłopca bohatera. A zarazem, po namyśle, ucieszyła się, że los spłatał mu takiego figla. I może to egoistyczne, ale w głębi naprawdę cieszyła się, bo to właśnie dzięki bolesnemu wypadkowi ich drogi skrzyżowały się. Westchnęła ciężko. Jej życie byłoby znacznie mniej kolorowe bez tych jego głupich zaczepek, nieśmiesznych żartów i ciągłego natręctwa. Tyle wycierpiał… Zasłużył na coś lepszego niż kiszenie się w tej cholernej wieży. Ale co ona może na to poradzić? Przecież nie jest jakimś bogiem, żeby wyleczyć serce tego chłopca. Nawet nie ma jakiegokolwiek innego sposobu by choć trochę osłodzić mu życie. Jest tylko marną imitacją człowieka. Ona nawet nie może dać mu namiastki szczęścia, nie da mu nigdy życia jakie wiodą zwykli ludzie.

   Tacy właśnie jesteśmy. Niemożliwie wyjątkowi. A miłość, która zdaje się być czymś abstrakcyjnym, jak dla mnie jest tą na wieki.

   Jęknęła zrozpaczona, odrzucając głowę w tył i uderzając otwartymi dłońmi o zimny dach. Skarciła się za myślenie o jakiejkolwiek przyszłości u boku tego człowieka, nie może na to pozwolić. Ktoś taki jak ona nie powinien zaprzątać sobie tym głowy. Ma tyle ważniejszych spraw, jak na przykład dopilnowanie by nie wysadziła w powietrze tej pieprzonej planety. Ale gdy tylko przypomni sobie jego twarz, jego uśmiech, a zaraz po nim ból… Warknęła pod nosem. Tylko on mógł wywołać u niej dwa tak skrajnie różne uczucia, które mieszały się w jedno. Problem w tym, że Azarath’ka nie potrafiła ich nazwać. Ona nie wie co czuje względem pana Logana. Nie wie co powinna czuć. Wie tylko, że to coś pomiędzy nienawiścią a… miłością. I to ją zabija.

   - Cześć. – usłyszała nagle, odwróciła się w stronę przywódcy mierząc go przekrwionymi oczami.

   - Czego chcesz? – rzuciła oschle, nasuwając kaptur na głowę.

   - Przeprosić i pogadać. – skinieniem głowy wskazała mu miejsce obok siebie, usiadł również spuszczając nogi w dół. – Przepraszam, że nie było mnie przy was. Zawiodłem jako lider i mimo wszystko potrafię się do tego przyznać. Cyborg nie mógł w to uwierzyć. – zlustrował ją wzrokiem, jednak mimo uwagi, która powinna wywołać choćby przelotny uśmiech jej twarz pozostała kamienna. – Ale daliście sobie rade, jak zawsze. I Jinx… okazała pomoc, choć nie spodziewałbym się tego po niej. Czasami zastanawiam się, czy jestem wam jeszcze potrzebny. Jesteście…

   - Jesteś liderem, ktoś musi się trochę porządzić, inaczej ta banda debili rozwaliłaby calutką wieżę. A ja nie mam jak się utrzymać.

   - No tak, trzeba by było pomyśleć o zrobieniu ci jakiegoś dowodu tożsamości. Za późno się za to biorę, wiem. Ale… Sprawowałem nad tobą opiekę, czułem się ważny, odpowiedzialny. To było dla mnie ważniejsze niż… niż ta cała zabawa w bohaterów. I… Chyba nie mogę pogodzić się z tym, że jesteś już samodzielna. Cały czas byłaś. – odetchnął głęboko – Przepraszam.

   - Nie masz za co, serio. Gdyby było mi to do czegoś potrzebne goniłabym cię już dawno. Ale kto mógł przewidzieć, że jednak przeżyjemy koniec świata? Wtedy wystarczyło mi twoje nazwisko, jednak teraz warto byłoby przerzucić się na Roth. Star chyba nie będzie zadowolona, kiedy zobaczy, że znowu podpisuję się twoim.

   Zaśmiał się cicho, przeczesując gąszcz włosów. Zapadła dłuższa cisza. Dziewczyna wróciła myślami do Garfielda, mając nadzieję, że czas operacji dobiegł końca, a Cyborg zadbał o sporą dawkę znieczulenia. Być może leży już w swoim łóżku i odpoczywa. Chciałaby żeby to była prawda, żeby wyrwał się jakoś ze skrzydła, w końcu on tak nie lubi szpitali…

   - Barbara zniknęła. – przerwał ciszę, jego nagły odzew sprawił, że Raven aż podskoczyła wyrwana z zamysłu. – Od razu chciałem się z nią skontaktować, nie było nawet sygnału. Nie ma jej nigdzie, żadnego śladu. Jakby nagle wyparowała, a przecież ludzie nie znikają ot tak. – pokręcił głową – To Slade. Wiedziałem, że w końcu uderzy. Wiedziałem. Powtarzałem wam, że trzeba się przygotowywać, teraz musimy zdwoić nasze starania. Opuściliśmy się, treningi i…

   - Uspokój się, znowu uruchamia ci się tryb świra. – warknęła – Pokonałeś go tyle razy, dasz radę i teraz.

   - Sama mówiłaś, że może wrócić silniejszy, że…

   - Zapomnij o tym, co mówiłam. Ciesz się chwilą wolności. – zmrużyła oczy zastanawiając się, co ona właściwie wygaduje. Chwila wolności? Cóż to za brednie. Chwile spędzone z Zielonym zdecydowanie dają się we znaki. – W sensie…

   - To nieważne. – przerwał jej – Muszę jeszcze raz sprawdzić całą wieżę, i to koniecznie dziś. Mogła podłożyć gdzieś jakieś podsłuchy, cokolwiek. Slade’a stać na różne zagrania. – Odskoczył szybko, stanął na nogach – Dzięki za rozmowę, a teraz wybacz, ale muszę już iść.

***

   Z górnej szafki kuchennej wyciągnęła dwa kubki ręcznie zdobione przez Tamarankę. Kosmitka podarowała ów przedmiot każdemu Tytanowi, każdy miał specjalne zdobienia. Azarath’kę interesowały tylko dwa z nich, a mianowicie ten z tamarańską roślinnością, który należał do niej oraz kubek z tamarańskimi zwierzętami należący do Beast Boy’a. Zdecydowanie częściej używała kubka z motywem zwierzęcym, lepiej się w nim piło poranną herbatę. Postawiła przedmioty na blacie, nasypała do obu herbaty ziołowej i zalała wrzątkiem.

   Był środek nocy, jednak ona niespokojnie wierciła się w  swoim łóżku. I coś podpowiadało jej, że Garfield tej nocy również nie zmruży oka, a więc postanowiła wstać, zrobić herbatę i odwiedzić chłopaka. Według Cyborga, dla bezpieczeństwa powinien zostać na noc w skrzydle, podłączony do różnego rodzaju aparatury. Na jej twarzy zagościł przelotny uśmiech, kiedy wyobraziła sobie marudzącego Zielonka, starającego się wybrnąć z nieprzyjemności spędzenia nocy w szpitalnym łóżku.

   Stanęła przed oszklonymi drzwiami. Garfield leżał odwrócony plecami do niej, przez co ciężko było stwierdzić czy rzeczywiście nie śpi. Przypomniała sobie popołudniowe rozkminki na temat jego osoby. Chyba póki co nie powinna nazywać nieznanych jej uczuć. Nadal nie jest pewna, nadal nie rozumie wielu rzeczy. Nadal nie wie czym jest czysta miłość…

   Przeniknęła przez ścianę, kubki leniwie unosiły się za nią. Zbliżyła się do łóżka, w tym samym czasie zielony chłopiec przewrócił się na plecy spoglądając po niej zaciekawiony.

   - Rae? – oparł się na łokciu, przecierając zmęczone oczy – Nie wiem czy to co Cyborg mi podaje tak na mnie działa czy naprawdę pofatygowałaś się żeby mnie odwiedzić.

   - Jak się czujesz? – zapytała kładąc dłoń na czole chłopca – Boli cię coś?

   - Cóż… Poza tym, że wylądowałem w Skrzydle, chyba wszystko jest już okej. Tym bardziej teraz. – wyszczerzył zęby w uśmiechu, poruszając zalotnie brwiami. Przewróciła oczami w odpowiedzi.

   - Zrobiłam herbatę. – wskazała na lewitujące kubki, podała mu jeden – Nie mogłam zasnąć, pomyślałam, że może ty też jeszcze nie śpisz…

   - Cieszę się, że przyszłaś. Naprawdę. Nie znoszę szpitali, właściwie to wszystkiego, co z nimi związane. Ale chyba każdy z was zdążył się już o tym przekonać. – uśmiechnął się blado, spojrzał na pokryte zielenią dłonie – A wszystko przez to. Przez ten wypadek.

   - Uhm. – mruknęła, doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Spojrzała na niego, z myślą, że może pociągnie wątek wypadku dalej, opowiadając jej o nim. Zamiast tego parsknął śmiechem.

   - Chyba nie jestem gotowy by komukolwiek o tym mówić. – spojrzał na nią z czymś na wzór rozbawienia. Jakby przeczytał jej myśli, a może ciekawość aż tak bardzo odmalowała się na jej twarzy. Westchnął. – Wiem, że nie nalegasz, żaden z was nie nalegał. Chcecie dobrze, rozumiem to. Wiem, że minęło tyle lat… Ale to nadal boli, Rae. Cholernie boli, a to ten rodzaj bólu, o którym ciężko mówić a jeszcze ciężej zapomnieć. Wiem, że są osoby, które też straciły rodziców i też cierpiały. Ale każdy przeżywa to na swój sposób, każdego boli to inaczej, rozumiesz? Chodzi o to, że nawet jeśli moje cierpienia są podobne do cierpień kogoś innego, to i tak sobie nie pomożemy. Nie uleczymy ran do końca. Nikt nigdy tego nie zrobi. Nie chcę znów otwierać swoich ran.

   - Przecież one i tak się nie zagoją, sam mówiłeś…

   - Racja. – przerwał jej – Ale przynajmniej są odrobinę podleczone, a wszystko to zasługa takich aniołów jak ty. – uśmiechnął się delikatnie na widok nachodzącego na bladą cerę rumieńca – Może kiedyś opowiemy sobie nawzajem swoje tragedie? Kiedy już będziemy na to gotowi.

   - Może. – przytaknęła w zamyśleniu.

   - Chodź tutaj, niunia. – zrobił jej miejsce obok siebie – Nie każ mi się prosić.

   Dziewczyna ściągnęła ciemną pelerynę, przewiesiła materiał przez oparcie krzesła, zsunęła buty i wślizgnęła się do małego, białego łóżka szpitalnego.

   - Łamiemy zasady ustalone przez Robina. – rzuciła cicho. Speszona jego wzrokiem błądzącym po jej ciele, sztywno siedziała na materacu.

   - Zasady Robina są po to, by je łamać. – ułożył ją na pościelach, ogarnął ją jeszcze raz wzrokiem, po czym opatulił kocykiem i ucałował w czoło. – Nie bój się mnie. – zaśmiał się – Ledwo mogę ruszać nogą, nie zrobię ci krzywdy.

   - Nie boję się ciebie. – odparła. W tym momencie dziewczyna bała się tylko tego, co rosło w jej sercu a dotyczyło właśnie jego osoby. – Garfieldzie… Zanim się poznaliśmy żyłam w samotności. Może i mieszkałam z wami cały ten czas, ale doskwierała mi straszliwa samotność. – przypomniała sobie o uciskającym serce uczuciu tęsknoty za czymś, czego nigdy wcześniej nie znała – Stałeś się dla mnie… kimś ważnym. Nie potrafię ubrać uczuć w słowa, nie sądziłam, że to takie trudne. – westchnęła – Nie wiem co teraz zrobiłabym bez ciebie. – wyznała cicho, zawstydzona własnym wyznaniem.

   - Ohh, Rae. – westchnął. Uśmiechnął się psotnie, a następnie obdarował ją gradem małych, słodkich pocałunków, które wywołały fale niekończącego się śmiechu dziewczyny.

***

Wreszcie koniec!
Mimo dręczących mnie upałów skończyłam rozdział z małym poślizgiem. Problem też w jakości notki, może aż tak źle nie wyszło, ale coś mnie nie zadowala w tym rozdziale.
Od razu zaznaczam, że nie wiem kiedy pojawi się kontynuacja. Jeśli nadal będzie tak gorąco, może się trochę przedłużyć.

Pozdrawiam.
~Rachel.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii FanFiction

 

Rozdział 26.

10 lip

   W Jump City zapadła bezgwiezdna noc. Na horyzoncie tylko jedna jasna kropeczka światła kontrastowała z spowitym w czerniach niebem. Titans Tower zapadło w sen z wyjątkiem jednego pomieszczenia, gdzie obecnie unosił się duszący zapach fast foodów i napojów energetycznych zmieszany z mocną męską wonią. Dwóch przyjaciół niechlujnie rozwalonych na miękkiej kanapie rywalizowało zacięcie w kolejnej z gier. Rankiem, kiedy przywódca się zbudzi – o ile w ogóle śpi – znów zacznie kląć pod nosem jak tylko poczuje ostry aromat pozostawiony przez chłopców. Ale kto by się tym przejmował? Na pewno nie oni, przecież lider ciągle robi problemy z niczego. Tak więc, początkowe przekrzykiwanie się o to kto wygra, z czasem zmieniło swój tor biegu na poważniejsze tematy.

   - Stary, nie wierze! Ty i nasza mała, ponura Raven! – Cyborg parsknął śmiechem – Wy chyba jesteście niepoważni.

   - Póki co nie ma żadnych nas, ale spokojnie… Jeszcze trochę a wpadnie w moje sidła i to na amen. Oh, i nie wspominaj o tym nikomu, plotkaro. Tym bardziej Rae, ona mnie zabije, a jako trup nie będę miał żadnych szans.

   - To jakieś masz? – zarechotał dźwięcznie – No sorry, ale przecież to nierealne. Uderzyłeś się w głowę? Raven to typ samotnika, prędzej dokona autodestrukcji niż…

   - Całowaliśmy się kilka razy. – wypalił nagle. Zerknął na przyjaciela, którego usta ze zdziwienia ułożyły się w literę O. – Zdziwiony? Oh, Vic, jak mogłaby się mi oprzeć? Emanuje urokiem osobistym, męstwem i…

   - I skromnością, już sobie nie wlewaj. – Stone rzucił padem w kąt kanapy. – Opowiadaj. No dalej!

   - Ale o czym? – zapytał rozkojarzony, również odłożył przyrząd.

   - No jak to o czym? O WASZYM ROMANSIE! Jakim cudem udało wam się to ukryć? I dlaczego, do cholery, dopiero teraz mi o tym mówisz?! Jesteśmy jak bracia!

   - Przecież nie będę ci opowiadać o tym co robimy. – oburzył się marszcząc zielony nosek, wyprostował się, niczym zwierze gotowe do ataku. – I weź się ścisz, zaraz wszystkich pobudzisz. Albo, co gorsze, dowiedzą się o wszystkim. – skierował na niego palec wskazujący – Nikomu ani słowa, pamiętaj.

   - Jasne, jasne… Wielkie mi tajemnice. – przewrócił brązową tęczówką – Ja tu jestem najbardziej doświadczony, mógłbym ci doradzić, ale jak nie chcesz…

   - Świetny pomysł! Bo właśnie Rae przechodzi… hmm… małe załamanie i… Ehm… No nie wiem jak jej pomóc.

   - Nie wiesz? Myślałem, że…

   - Nikt nie przebije naszego pajaca w masce. Nigdy jej go nie zastąpię. Ani ja, ani nikt inny. A on się nią w ogóle nie interesuje, zamiast tego tylko biega za Barbarą. Ona idzie tam, on za nią. Kiwnie palcem, Robin leci. Niedługo będą razem chodzić do toalety.

   - Koleś. – zachichotał – Wygląda na to, że bardziej drażni to ciebie niż Star! – Bestia warknął niezrozumiale pod nosem. – No weź, tylko żartuje. – Victor stuknął go pięścią w ramie – Dlaczego sama do niego nie pójdzie, skoro potrzebuje pomocy?

   - Bo to Raven. Ona nie potrzebuje pomocy, nawet jeśli naprawdę jej potrzebuje.

   - Hę? - Logan machnął ręką zeskakując z kanapy. – A ty gdzie? Nie skończyliśmy!

   - Idę spać. Musisz sam dokończyć. – rzucił znikając za drzwiami wychodzącymi na korytarze.

   Szedł przy wielkich szybach. Spoglądając w dół podziwiał wzburzone fale, uderzające całą swoją potęgą o skalną plażę. Co, jeśli to naprawdę niemożliwe? Jeśli Cyborg ma racje? Rae go nie zechce. Myśląc logicznie… Kto chciałby takiego zielonego półgłówka jak on? Znów zostanie sam z posmakiem niespełnionej miłości. Znów zamknie się w sobie na długie dni, a być może lata. To co czuł do Terry ma się nijak do tego jak bardzo kocha Rae. Jego słodką, drobniutką, kruchą niunie. Potrzebuje nadziei. Musi ją dostać by dalej funkcjonować. Nawet jeśli ona nigdy go nie pokocha, pragnie by dawała mu nadzieje dzień w dzień, do usranej śmierci. Inaczej zamknie drzwi do jego małego serca, które promieniuje nieskazitelnym uczuciem do pół demona, a wtedy nie będzie już możliwości, że samodzielnie stanie na nogach. Że będzie funkcjonować tak jak teraz, czy chociażby, że kiedykolwiek się uśmiechnie. Jego życie okryje przerażająca, mroźna aura pesymizmu.

   Stanął przed drzwiami jej pokoju, dotknął, opatuloną w szary materiał dłonią, masywnych drzwi. Nie chce jej obudzić, chciałby się tylko przyjrzeć jej delikatnym rysom twarzy. Pamięta pierwsze spotkanie Tytanów, pamięta kiedy zsunęła kaptur z głowy uwalniając ciemne kępki krótkich włosów i tą porcelanową twarz należącą do wysłannika z niebios. I pamięta dzień, kiedy powiedziała im kim naprawdę jest. I to niedowierzanie. Dziewczyna z anielskimi rysami miałaby być przesączona złem? Lecz jak się później okazało, taka była prawda. Była owocem zła, córką demona. Miała zasadzić tu swoje korzenie, rozkwitnąć w pięknym ciele, uwodzić niczym najpiękniejszy kwiat… A potem zniszczyć, zgładzić, zabić.

   Zawahał się. Zacisnął dłonie w pięści, napinając przy tym wszystkie mięśnie ciała. Odetchnął rozluźniając się. Szybko przybrał postać maleńkiej mróweczki i bezproblemowo przecisnął się w szczelinie pomiędzy drzwiami a podłogą. Będąc w ciemnym zaułku jej królestwa na nowo stał się człowiekiem. Starał się być cichutko, jednak Azarath’kę jest w stanie zbudzić każdy niepożądany oddech. Usiadła zaniepokojona.

   - Garfield? Coś się stało? – wychrypiała przecierając zaspane oczy.

   - Przepraszam. Nie chciałem cię obudzić, niunia. Ja po prostu… chciałem cię zobaczyć. Zaraz stąd zniknę.

   - Zaczekaj, Gar… – wyciągnęła się by chwycić jego dłoń. Ściągnęła szarą rękawiczkę rzucając ją pomiędzy pościel. Usiadł obok niej, przyglądając się jej obliczu. Ta zaś, w zamyśleniu kreśliła kciukiem niezidentyfikowane wzory na jego zielonej skórze. – Źle się czuję. Wiem, że masz już dość tej gadki, ale… Obecnie nie mam nikogo prócz ciebie. Ja… Ohh, Garfieldzie, gdybyś tylko wiedział… Ktoś taki jak ty nie powinien być ze mną, nie powinieneś…

   - Nie mów tak, niunia. Nie chcę tego słuchać. Proszę, nigdy więcej. Twoje słowa ranią bardziej niż rozgrzany nóż wdzierający się w klatkę piersiową. Bardziej niż rozwścieczone, dzikie zwierze rozszarpujące ciało. Nie karz mnie nimi. – ucałował jej zimną, bladą dłoń – Chyba na to nie zasłużyłem. – odgarnął jej kosmyk włosów za ucho, otarł samotną łzę naznaczającą gładki policzek – Nie płacz, moja Nadziejo. Wszystko, tylko nie to.

   - Nikt nie dał mi tyle, co ty. Nikt nigdy mnie tak nie traktował. – westchnęła – Jakim cudem mnie zauważyłeś? Jak to możliwe, że jeszcze się nie pozabijaliśmy? – wydostał się z jej gardła zduszony odgłos, podobny do śmiechu. – To wszystko zdaje się być niemożliwe.

   - Tacy właśnie jesteśmy. Niemożliwie wyjątkowi. A miłość, która zdaje się być czymś abstrakcyjnym, jak dla mnie jest tą na wieki.

   - Miłość? – w odpowiedzi posłał jej blady uśmiech.

   No przecież, idioto. – Skarcił się w myślach. – Ona nawet nie wie co to miłość, a ty jej wypalasz z takim tekstem. Brawo, geniuszu.

   - Czas spać, niunia. – pocałował ją w kącik ust, zgarnął rękawiczkę i ze spuszczoną głową ruszył do wyjścia. – Dobranoc. – szepnął zanim zamknęły się za nim drzwi.

   Pozostawił ją samą wśród zmiętej pościeli. Samą z rozrastającymi się w głowie myślami. Miłość? Jaka znowu miłość? Chyba coś mu się pomieszało, albo ona coś źle zrozumiała. Tak czy owak, nie potrafiła ukryć jak bardzo jego osoba ją uspokajała. Jak jego dotyk przyprawiał ją o dreszcze i szaleńczy taniec ćmy w jej brzuchu, która w niewyjaśniony sposób wleciała tam podczas ich pierwszego pocałunku i została do teraz. Ten dziwny prąd przebiegający w górę kręgosłupa. Jego głos, spojrzenie. ON pobudzał każdy jej zmysł. ON sprawiał, że z wielkim trudem panowała nad sobą. Ale miłość? Co to w ogóle znaczy miłość?

   Dziewczyna potrząsając z niedowierzania głową wyplątała się z pościeli. Pierwszy raz cisza, która owładnęła wieżą napełniła ją strachem. Coś jej podpowiadało, że to cisza przed burzą. Podeszła do masywnej szafy, otwarła jej drzwiczki i zajrzała na tyły. Po chwili wyciągnęła starannie zwinięty materiał. Jego bluza, ubranie przesiąknięte tą cudowną, słodką, męską wonią pana Logana. Otuliła nią twarz, wdychując z czcią zapach ciała zielonego chłopca. Bez chwili namysłu wskoczyła w bluzę, ułożyła się na łóżku i otulając ramionami usypiała. Upojona jego zapachami, z myślami krążącymi wokół jego osoby.

   W tym samym czasie Garfield Mark Logan pochylony nad biurkiem, z językiem na wierzchu i ołówkiem w dłoni kończył kolejny szkic jego domysłów o półnagim ciele panny Roth.

***

   Po nieprzespanej nocy Victor Stone wszedł do pokoju głównego zadziwiająco późno. Ku jego zdziwieniu Zielony koleżka najwidoczniej nadal spał. Chociaż nie wiadomo co on w tej nocy robił, zwinął się tak szybko… Jest niemal pewien, że całą noc spędził z Raven. Jak to dziwnie myśleć o nich w ten sposób. To coś… Coś zdecydowanie nienormalnego. Potrząsnął głową na samą myśl o ich nocnych igraszkach. Podszedł do aneksu kuchennego, gdzie rozsiedli się wygodnie członkowie Bat Family, szepcząc między sobą. Rzucił im krótkie przywitanie i grzecznie zajął się przygotowywaniem porządnego śniadania, gdzie głównym składnikiem jest oczywiście mięsko. Zgrabnie ominął ohydne tofu zajmujące zdecydowanie zbyt dużo miejsca w JEGO lodówce i wyjął soczysty kawałek krwistego steku, który zaraz pójdzie na grill. Nie ma to jak dobrze zacząć dzień, który zapowiadał się całkiem nieźle. Jak tylko zje skoczy się odświeżyć, wskoczy do swojego autka i pojedzie do różowowłosej dziewczyny.

   Podczas gdy mięso skwierczało, a Cyborg z rosnącym apetytem przyglądał się pysznością jakie dla siebie szykuje. Do salonu wpadła tamaranka, ubrana w białą, zwiewną sukienkę podkreślającą jej obfite kształty. Aż sam przyłapał się na zbyt dokładnym przyjrzeniu się dziewczynie. Jak co dzień przywitała wszystkich radosnym „Dzień dobry, kochani”, po czym skierowała się w stronę Graysona by uwiesić się na jego szyi i pocałować przeciągle w policzek. I tym razem prawie się jej udało, gdyby nie to, że lider ciągnięty przez Barbarę Gorgon wyminął Gwiazdkę.

   - Nie czekajcie na mnie. – rzucił poprawiając się, wyślizgnął dłoń z uścisku Barb i zerknął na dwóch Tytanów znajdujących się w kuchni. Starfire stanęła na podłodze. – Nie wiem, kiedy wrócę. Pamiętajcie o treningu.

   - Robinie, jak to nie wiesz kiedy wrócisz? – zaczęła uśmiechając się nerwowo – Mamy dziś rocznice, nie pamiętasz?

   - Tak, Star. Przepraszam, mam coś ważnego do zrobienia. – podrapał się w tył głowy zerkając ukradkiem w stronę przyjaciółki. – Wybacz, odbijemy to następnym razem.

   - Następnym razem? – powtórzyła nie dowierzając, zrobiła kilka kroków w jego stronę. – Jakim następnym razem? Za rok? No, o ile jeszcze będzie cię interesować moja osoba.

   - Dick, nie mam już czasu. – ponagliła go Batgirl, chwyciła chłopaka w nadgarstku i zaciągnęła po schodkach w stronę drzwi.

   - Robinie…

   - Przepraszam, Star. – rzucił wychodząc.

   - Robinie, mam cię w oku! – krzyknęła za nimi tłamsząc rozwalające ją od środka emocje.

   - Chyba na oku. – poprawił ją Cyborg, który cały czas uważnie przyglądał się zaistniałej sytuacji. To lepsze niż telewizja.

***

   Usiedli razem przy okrągłym stoliku. On z talerzykiem podsmażonego tofu, ona tradycyjnie z zieloną herbatą. Spojrzeli po sobie. Cyborg siedział wpatrzony w ogromny ekran, gdzie puścili akurat wiadomości. Dziewczyna była spokojna, bo nikt im nie przerwie konwersacji, tym razem nie musi kontaktować się z Zielonym telepatycznie. Star też gdzieś zniknęła, według Cyborga poszła się wyładować na siłowni, cokolwiek to oznaczało. Tylko Logan wiedział, że Cyborga wcale nie wciągnęły wiadomości. Tak naprawdę udaje zahipnotyzowanego słowami reporterki by sprytnie podsłuchać całą rozmowę, którą, miał nadzieje, zaraz zaczną.

   - Jak noc? – zapytał szeptem.

   - Bez koszmarów. – pomyślała o jego ubraniu, w którym spała. Teraz już nic nie mogło podważyć faktu, że to Garfield ją uspokaja. Dzięki niemu pozbywa się toksyn. Mogła wcześniej wpaść na ten pomysł. Teraz trzeba będzie jakoś niezauważalnie podkradać noszone przez niego ubrania. – Wreszcie się wyspałam.

   - Nawet nie wiesz jak się ciesze. Może w końcu ci minęło?

   - Oby. – rzuciła cichutko, uchwyciła kubek w usta i zabrała łyk napoju.

   Nastała cisza, podczas której obaj oddali się zamyśleniu. Tylko Cyborg przeklinał to, jak cicho mówili. Nawet słowa nie zrozumiał z tego bełkotu. A teraz zamilkli. A był tak ciekaw o czym sobie gruchają. Nawet specjalnie spóźnił się do Jinx.

   Bestia nadział na widelec kolejny kawałek tofu, uniósł sztućca w górę i zamarł spoglądając przed siebie. Nie uszło to uwadze Rachel. Spojrzała na niego zaniepokojona. Zielone, spiczaste uszy zadrżały wykrywając jakiś odległy hałas, usta otwarły się szeroko. Nim zdążył poderwać się z miejsca i krzyknąć jakiekolwiek ostrzeżenie, czerwone światło zalało pomieszczenie, a ich głowach zawył alarm.

***

   Zatrzymali się na skraju lasu, na tyle daleko od Jump City i tej ich przeklętej wieży, że mogła poczuć się choć trochę bezpiecznie. Chociaż i tak mógł zauważyć jej wybryk. Ha! Na bank wszystko obserwuje. Każdy jej ruch. Teraz jej życie wisi na włosku, ale najważniejszy jest Dick. Równocześnie ściągnęli kaski odkładając je na motocykle. Podszedł do niej pewnym krokiem, krzyżując ręce na piersi. Poczuła na sobie to spojrzenie, nauczył się tego od Batmana, bez dwóch zdań. Pod wpływem tego spojrzenia od razu czujesz się winnym. Skierowała wzrok na swoje stopy.

   - Więc, o co chodzi? – zapytał łagodnie – Co jest tak ważnego żeby mnie wywozić aż tutaj?

   - Chciałam porozmawiać… o nas. – rzuciła nagle. Przed chwilą dosłownie czuła jego uśmiech, teraz, kiedy podniosła głowę widziała tylko kamienną powagę.

   - I po to te całe zamieszanie? Ugh. – potarł czoło. Co za dziecinada! Załatwi sprawę szybko i wróci do wieży. Naprawi wszystko. O tak, jeszcze dziś pójdzie ze Starfire na umówioną randkę. – Barbaro. – przemówił stanowczo, przeczesał dłonią gęste, hebanowe włosy – Posłuchaj, jesteś naprawdę… piękną kobietą. Jesteś inteligentna, zabawna i potrafisz dokopać, ale to co nas kiedyś łączyło dawno wyparowało. Przynajmniej ze mnie. Spotykam się z Gwiazdką i to się nie zmieni. Zrozum, Barb… Ja ją kocham.

   - Ale Dick… – zaczęła, ale przerwał jej machnięciem dłonią.

   - Nie. Nie zmienię zdania. Musisz się z tym pogodzić.

   Spojrzał na nią ukradkiem, usta miała zaciśnięte w wąską linie, dłonie w pięści. Jak rozgniewane dziecko w supermarkecie, które nie dostało obiecanej paczki cukierków. Pokręcił głową. Odwrócił się na pięcie z zamiarem założenia kasku, wejścia na swój pojazd i odjechania do domu. Odezwał się nadajnik. Znudzony obrzucił go wzrokiem z myślą, że to pewnie kolejny napad na bank przez jakieś niedorajdy. Oczy rozszerzyły mu się ze zdziwienia. Zdenerwowany zacisnął pięści, napiął mięśnie.

   - O wszystkim wiedziałaś, tak? – wysyczał – Odpowiadaj!

   - Dicky, proszę… To nie tak. On groził Jimowi. Ja… Nie wiedziałam co robić. Musiałam cię uratować!

   - Nie wiedziałaś! Ty idiotko! Wyłączyłaś alarmy! Po czyjej jesteś stronie, co?! – chwycił ją za ramiona, z całych sił powstrzymywał się żeby jej nie rozszarpać. Tytani są w wielkim niebezpieczeństwie i to przez nią. Ile jeszcze razy dozna ataku od środka? Czy naprawdę nie nadaje się na przywódcę, skoro ciągle powtarza się ta sama historia? – Kłamałaś, cały czas. – cisnął nią o ziemię – A ja, głupi ci wierzyłem. Dla ciebie… – parsknął – Nigdy więcej.

   Odwrócił się rozwścieczony, w tym momencie Barbara podniosła się. Musi go jakoś zatrzymać, nie może pozwolić  by stała mu się krzywda. Podbiegła do niego, wsunęła dłonie na napięty kark chłopaka i złączyła na nowo ich usta. Tak jak kiedyś, bez oporu, oddał się pocałunkowi…

***

   Maszyny Slade’a wkroczyły do wieży bez zbędnych ceregieli. Kosmitka, która jako pierwsza została zaatakowana, pod wpływem chwili uderzyła pięścią w sprzęt przy ścianie by dać znać przyjaciołom o niebezpieczeństwie. Nie usłyszała alarmu, a przecież on potrafi wyrwać z zamyślenia każdego. Odpowiedź była prosta, ktoś go specjalnie wyłączył, a Star, mimo, że nie lubi wskazywać winnych palcem, miała pewne podejrzenia. Rzuciła się w wir walki, dzielnie – jak na tamarankę przystało – broniąc swojego domu i rodziny. Rozgniatała intruzów przy użyciu nadludzkiej siły, ciskała nimi jak zabawkami i karmiła promieniami. Starała się nie przepuszczać ich w głąb wieży lecz było to niewykonalne w pojedynkę, tym bardziej, że chyba w ogóle ich nie ubywało…

   Reszta natrafiła na wroga zbiegając w dół. Wdarli się na czwarte piętro, całkowicie je demolując. Zupełnie jakby czegoś szukali. Albo kogoś. Victor Stone znów wcielił się w rolę przywódcy wykrzykując głośno znane im słowa: „Tytani, Wio!”. I tak zaczęła się walka, nagle korytarze stały się zbyt ciasne.

   Dopiero dziś Garfield i Rachel zrozumieli słowa lidera. Bohaterowie nie mogą kochać. Bohaterowie nie mogą być w związku. Bohaterowie nie zakładają rodzin. To wszystko może wykorzystać wróg, to wszytko przeszkadza w misjach. Za każdym razem kiedy Rae uderzała w przeciwników, Bestie ogarniał dziwny niepokój. I odwrotnie. Dziewczyna nie mogła patrzeć jak ten zaczynał się tłuc z tymi przeklętymi wysłannikami Slade’a.

   Nagle w jej oczach zatrzymał się jeden obraz. Cyborg wystrzela z promienia, robot rozwala się na kawałki. Osłoniła się przed nimi polem z energii, widziała jak jeden z odłamków uderza o ścianę i ze zdwojoną siłą wbija się w nogę Garfielda. Usłyszała krzyk rannego, a zaraz po tym jego upadek. Przeklęła się w myślach, bo to z jej winy dostał. Mogła go ochronić. Choć w rzeczywistości to z jego nieuwagi oberwał, za długo wpatrywał się w ukochaną. Cała ta bitwa naraz stała się nieważna. Tak samo życie Cyborga i Star. Zjawiła się przy Zielonku i chwytając go za rękę otuliła ich mgiełką czarnej energii, która po chwili zniknęła, a oni znaleźli się w jej ciemnym, bezpiecznym pokoju, którego strzeże coś więcej niż tylko magia. W końcu to jej azyl.

***

~Rachel.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii FanFiction

 

Rozdział 25.

06 lip

   Rudowłosa kosmitka stłamsiła płomień otulający jej dłoń. Wszystko zdaje się być w porządku, wszystko działa jak powinno. A jednak w tamtej chwili utraciła grunt pod nogami. I mimo wszelkich starań lidera, ona upiera się przy swoich racjach twierdząc, że niczego sobie nie uroiła. Jak mogłaby kłamać w tak poważnej sprawie? To nawet nie przyszłoby jej do głowy. Kiedy przypomni sobie ten chłód, dreszcze przebiegające po plecach, tą bezsilność – od razu żołądki zaciskają się w pętelki. Coś jest nie tak. Sięgając pamięcią wstecz zauważyła, że ostatnio taką sytuacje miała podczas mutacji. Doskonale pamięta drżenie z zimna, ciągłe wahania nastrojów, przeszywające całe ciało bóle, zmiany skórne oraz brak energii i siły. Zupełnie jakby nagle wypalił się cały ogień, który w niej drzemał. Ale przecież jej rasa tylko raz przeżywa ową mutację, to niemożliwe by się powtórzyła.

   Westchnęła. Oparła dłonie na ramionach chłopaka, choć powinno się już go określać mianem mężczyzny. Jak również Bestię i Cyborga. Dwie tytanki miały okazję podziwiać jak się zmieniają cieleśnie i duchowo. Położył dłoń owiniętą materiałem na ciepłą, gładką rękę Star. Przygarbiony, po raz kolejny przeglądał monitoring i po raz kolejny niczego podejrzanego nie jest w stanie zauważyć. Zebrał już wszystkie możliwe próbki, szukał kilkakrotnie jakiś śladów. I pomimo zeznań Gwiazdki niczego nie mógł potwierdzić. Aż szlag go trafiał, w końcu chodziło o bezpieczeństwo jego kobiety. Odchrząknął głośno, okręcił się na fotelu w stronę tamaranki i zlustrował ją wzrokiem, jakby podejrzewał, że coś przed nim ukryła i to tylko z jej winy nie może niczego znaleźć.

   - Gwiazdeczko, kochanie… Mogłabyś jeszcze raz opowiedzieć o wszystkim?

   - Przecież słyszałeś to już sześć razy. – warknęła znudzona.

   - Pozwól sobie pomóc. Jeśli nie będziesz ze mną szczera, niczego innego nie znajdę, a widzisz jak ciężko mi idzie. Ten ktoś musi się doskonale maskować.

   - Kłopot w tym, że tam nikogo nie było. – potrząsnęła głową – Nie słuchasz mnie w ogóle, znowu. Błądzisz gdzieś w tym swoim świecie, szukając nie wiadomo kogo. Ja po prostu… Chciałam żebyś mnie wysłuchał, uspokoił. Dobrze wiesz, że to nie było normalne. A ty…

   - Dobrze, może odrobinę przesadzam, ale ja tylko chcę byś była bezpieczna.

   - Robinie, ja jestem bezpieczna. – odparła stanowczo.

   - Star… – urwał spoglądając na uchylające się drzwi gabinetu. Przecież mówił im, że jest zajęty. Czego, do cholery, nie zrozumieli?

   W drzwiach stanęła pomarańczowa Barbara Gordon. Jej mina idealnie oddawała zdenerwowanie jakie w niej gościło. Richard opadł na fotel zrezygnowany.

   - Spójrz, co te niewychowane chamy zrobiły!

***

   Garfield Mark Logan właśnie przemierzał dobrze mu znane, chłodne korytarze do dobrze mu znanego, nudnego gabinetu przywódcy.
Jakim cudem zawsze wina spada na niego? Nie zostawił po sobie żadnych śladów, wszystko było idealnie zaplanowane, a tu proszę. Znowu to samo, a przecież każdy mógł to zrobić. No na przykład taka Star, dlaczego nikt jej nie oskarży? Westchnął rozdrażniony. Czym on się przejmuje? Jakąś głupią eks Robcia? Posłucha tego śmiesznego wykładu, na temat jego okropnego zachowania i się zmyje. Za dwa dni wszyscy zapomną i życie potoczy się dalej. W głowie Zielonego chłopca rozgrywają się poważniejsze spory. O tak, on nie jest jak ci wszyscy bohaterowie. Nie przejmuje się drobnymi żartami, przecież życie to jeden wielki żart. Nie martwi się głupimi przestępcami, którzy według Robina właśnie coś kombinują, skoro siedzą cicho. Garfield widzi w tym jeden wielki plus – więcej czasu na sen, jedzenie, gry, no i Rae… I to właśnie jej krucha osoba spędza mu sen z powiek. Te jej ciągłe ataki paniki doprawione płaczem. I te sny. Wiele razy zastanawiał się, czy nie mają ukrytego sensu. Wiele razy myślał o tej tajemniczej kobiecie ze snu, której tożsamości nie chciała wyjawić. Musiała być kimś ważnym, skoro tak to przeżywa. A on, głupi, nie potrafi zrobić nic innego, jak tylko przytulić i powtarzać, że wszystko będzie dobrze. Że ona, Rae, jest bezpieczna w wieży, że nic nikomu nie zrobi, bo się kontroluje, a ta kobieta jest cała i zdrowa. O ile żyje, bo tego też nie potwierdziła. Tak więc, sny dziewczyny, to albo zwyczajne koszmary przeszłości, albo sny prorocze.

   Stanął przed drzwiami, za którymi stoi zadufany lider. Bąknął coś pod nosem i wszedł do środka. Twarzą w twarz, mierząc się spojrzeniami wymieniali ciche oddechy.

   - No pięknie, Bestio. Jesteś zadowolony? – skrzyżował ręce na piersiach obserwując reakcje Zielonego.

   - Daruj już sobie, nie jestem małym chłopcem.

   - Chyba jednak. Skoro zachowujesz się jak dziecko, jesteś nim. A ja jako lider…

   - Ty jako lider masz obowiązek zaopiekować się drużyną, więc rusz te swoje cholerne cztery litery i zacznij zajmować się prawdziwymi problemami, a nie jakimiś widzimisię twojej eks. – warknął. Richard rozchylił usta, jednak przed wypowiedzeniem słów powstrzymała go uniesiona ręką Beast Boy’a. – Nie. Teraz ja mówię. Dobrze ci radzę, zajmij się poważnymi sprawami. Nawet nie zdajesz sobie sprawy co się dzieje w tym domu.

   - Właśnie się tym zajmuje.

   - Co proszę? Powtarzam po raz ostatni, nie obchodzi mnie twoja eks. W tej chwili chodzi o Raven, ty… – skrzyżowali spojrzenia, nie może go przekląć w jego obecności. To doprowadziłoby do większego bałaganu. – Słuchaj, Rae przechodzi teraz ciężki okres, co zauważyli wszyscy z wyjątkiem ciebie. Nikt nie jest z nią tak blisko jak ty. – przełknął gulę w gardle, na myśl, że mimo wszystko to lider jest jej bliższy – Zajmij się nią, bo zdemoluje nam wieże. – rzucił na wpół żartobliwie, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł.

   Szwendał się po korytarzach, aż nogi same nie odnalazły wyjścia. Zderzył się z chłodnym powietrzem, a emocje w końcu mogły się z niego wydostać. Łzy napłynęły mu do oczu, wydał z siebie przeciągły ryk chwytając się przy tym za zielone, miękkie włosy. Zaczął przemianę. Pióra okryły zielone ciało chłopca, kończyny zamieniły się w zdolne do lotu skrzydła, aż w końcu odbił się od skał i wbił w niebiosa jako sokół wędrowny.

***

   Wracając zauważył rozświetlające nocne niebo światło, które dochodziło z salonu. Jako komar wleciał przez uchylone okno. W salonie zasiedli wszyscy – jak przypuszczał – dzięki Starfire, która miała w zwyczaju wybierać piątkowe wieczory jako idealne by oglądać wspólnie ziemskie filmy. Bezdźwięcznie przybrał swą ludzką postać i wsunął się na kanapę obok kruczowłosej dziewczyny. Nos miała zaczerwieniony, widoczne sińce pod oczami, które swoją drogą były przekrwione. Zmęczenie i ciągły płacz odmalowały się na jej nieskazitelnej twarzy. Przez chwile podziwiał jej skupienie, dostrzegł z jak wielką uwagą przygląda się rowerzyście w filmie. Zadziwiające. Czyżby nigdy nie jeździła na rowerze? Ile jeszcze rzeczy nie miała okazji spróbować?

   - Cześć. – mruknęła zauważywszy chłopaka, odpowiedział jej bladym uśmiechem. Wsunęła się w jego umysł.

   Gdzie byłeś? Nie żeby mnie to jakoś specjalnie interesowało… Po prostu… Przyzwyczaiłam się… To znaczy…

   Niezmiernie mi schlebiasz, Rae. Tym bardziej, kiedy widzę twojego rumieńca wywołanego zakłopotaniem.

   Przestań.

   Dobra, dobra. Słuchaj… Z tego co wiem jutro Robin zabiera gdzieś Star, – albo Star Robina – mają jakąś rocznice czy coś. Więc wieża będzie wolna. Trzeba pozbyć się tylko Cyborga, ale to da się załatwić, może pojedzie do Jinx…

   Garfieldzie, co kombinujesz?

   Nic takiego. Ja tylko zapewnię ci odpowiednią rozrywkę, oczywiście w moim towarzystwie. Nie chcę byś ciągle siedziała w pokoju, tylko się zadręczasz.

   Ohh, Gardield…

   Nic nie mów, niunia. Jutro wszystkiego się dowiesz.

***

Witam Was tym… przepięknym rozdziałem.
Przepraszam za tak długą przerwę.
Postaram się by następna notka była nieco lepsza.

Pozdrawiam.
~Rachel.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii FanFiction

 

Rozdział 24.

04 maj

   Rozkoszny śmiech odbił się od ścian jasnej przestrzeni, docierając do jego uszu w zdwojonej sile. Wokół tylko pustka i nagła, gwałtowna cisza, zupełnie jakby wszystko usnęło, pozostawiając go samemu sobie. Jakim cudem ją usłyszał? Jest w nicości, gdzie nikt nie odlicza czasu. Nikt nie zamieszkuje tak marnych przestrzeni, więc skąd ten głos? Ktoś z niego drwi, ale on nie może pozwolić sobie na dezorientacje, nawet jeśli chodzi o ukochaną. Musi zakończyć misję za wszelką cenę. Znów ją usłyszał – wymruczała jego imię wprost do zielonego ucha, które zadrgało poruszone upragnionym głosem. Obrócił się dookoła własnej osi. Pustka.

   - Rae?! – ryk wydobył się z jego gardła – Gdzie jesteś?!

   Poczuł ten cudowny, aksamitny dotyk na swojej skórze. Ciało chłopaka ogarnął elektryzujący prąd, skutek stęsknionej bliskości. Słyszy, czuje, tylko nie widzi. Dlaczego, do cholery, jej nie widzi?! Nie zasłużył na taką karę, był tego pewien. Ostatnio nikomu nie zrobił żadnego żartu, jest niewinny. Kto zsyła na biednego Garfielda tak ogromny ból?

   Pocałowała go.
To jej zimne usta. Jej nieziemsko słodki smak, którego działanie jest silniejsze niż narkotyk.

   Odetchnął głęboko. Chce więcej. Ohh, jak bardzo jej pragnie.
Zacisnął mocno powieki, a kiedy znowu je otworzył stała przed nim, z szerokim uśmiechem na ustach, który rozpromieniał całą twarz. Biła od niej przyjazna aura, wydawała się być szczęśliwa. Obdarowała go najpiękniejszym uśmiechem jaki kiedykolwiek widział, jej anielskie oczy pochłaniały jego duszę. Zatrzepotała zalotnie długimi, gęstymi rzęsami aż błękit jej tęczówek zmierzył się z jego szmaragdem. Otulił dłońmi drobne biodra dziewczyny. Taka spokojna, taka piękna… Mógłby zachwycać się jej urokiem do końca swoich dni. Zastygnąć przy niej, przyglądać się niczym eksponatowi muzealnemu. Chciałby pochwalić się swą zdobyczą. Zsunął ręce na pośladki ukochanej, po czym przysunął ją bliżej siebie. Ich ciała odbiły się i na powrót przywarły do siebie. Zachichotała.

   - Tak bardzo cię kocham, panno Roth. – wyszeptał. Musnął ustami jej porcelanowy policzek, naraz przygwoździł się do niej, zatapiając się w kolejnym pocałunku. – Kocham cię. – powtórzył głośniej, jakby chciał podkreślić prawdziwość swoich słów, mieć pewność, że usłyszała. Zasypał ją gradem krótkich pocałunków, podczas których upajał się jej dźwięcznym śmiechem.

   Misja. Nie może o niej zapomnieć, ale teraz…

   - Beast Boy, trening! – zaszumiało w nieprzytomnym móżdżku zielonego chłopca – Trening! Wstawaj! – głos lidera nie dawał mu spokoju. Zaspany podparł się na łokciu, ziewnął, po czym uderzył w budzik znajdujący się przy łóżku. Robin zamknął jadaczkę.

   Przetarł zmęczone oczy, rozciągnął się i… Zamrugał dwukrotnie spoglądając na przyciasną bieliznę. Westchnął, ta kobieta zdecydowanie zbyt często go pobudza.

***

   - Hej, Rae… – zaczął figlarnie, przekraczając próg jej zacisza, ale kiedy usłyszał ciche pochlipywanie nie było mu już do śmiechu.

   Podbiegł do łóżka, usiadł niepewnie na zmiętej pościeli. Azarath’ka wylewała łzy w poduszkę, od czasu do czasu dusząc się własnym oddechem. Jeszcze nie tak dawno temu wybuchłaby kłótnia za naruszenie jej strefy komfortu, bezpieczeństwa… A teraz? Niedługo będą tak zżyci, jakby mieszkali w jednym ciele. Obaj nie sądzili, że można być z kimś tak blisko, a przecież to dopiero początek ich wspólnego rozdziału – przynajmniej taką nadzieje miał Logan. Chłopak otulił ją ramionami, zatopiła się w cieple jakim emanował, zatraciła w czułościach jakimi obdarowywał ją każdego dnia od ich pamiętnego pierwszego pocałunku. Nawet jeśli nie chciała, jeśli odrzucała go – nie zrezygnował, uparcie trwa przy niej.

   - Co się stało? – wyszeptał całując czubek jej głowy.

   - Śniłam o niej, znowu. Ten sam sen… Już czwartą noc sprawiam jej ból. – załkała, wbijając nieświadomie paznokcie w ramie Zielonego.

   - To tylko sen, wiesz? Głupi sen, tej kobiecie nic nie grozi.

   - A jeśli naprawdę ją krzywdzę? – spojrzała na niego przekrwionymi, zapełnionymi łzami oczami. Gdzie są te rozpromienione niebieskie oczęta, którymi go uwodziła podczas marzeń sennych? Chłopak wstrzymał oddech, jest mu jej tak cholernie żal. Tak bardzo chciałby odebrać jej wszelkie zmartwienia czy cierpienia, chciałby żeby chodziła uśmiechnięta. Szczerze uśmiechnięta, szczęśliwa. Jest zmartwiony jej stanem i jednocześnie zły na lidera, który niczego nieświadomy chodzi sobie z Barbarą po salach treningowych. A co z nią? Co z Rae? Przyjdzie, kiedy będzie po fakcie, a ona teraz potrzebuje przyjaciela. Potrzebuje Robina, wiedział o tym. Czuł, że nie wszystko mu powiedziała i wie, że lider zna więcej faktów z jej życia. Uczeń Batmana mógłby coś na to poradzić. – Jestem taka głupia, Garfieldzie. – odezwała się łamiącym głosem – Jestem… Stworzyli mnie do zadawania bólu i ona, ta kobieta ze snu… to moja pierwsza ofiara.

   Starał się pozostać niewzruszony wypowiedzianymi słowami, zachować kamienną twarz, jednak jego oczy zaszły łzami. Sprawił jej tym zawód, dostrzegł to w mimice twarzy, w drgającej nerwowo dolnej wardze, trzęsącym się ciele. Zagarnął ją, zamknął w szczelniejszym uścisku i płakał razem z nią. Jest stanowczo zbyt wrażliwy.

   Dopiero godzinę później, kiedy usnęła zmęczona zadręczaniem się, przypomniał sobie po co tu przyszedł. Barbara Gordon! Chciał się pochwalić swoim genialnym pomysłem. Takiego dowcipu jeszcze nie było, a on już go zrealizował. Pozostaje tylko czekać. Już niedługo rudowłosa dziewczyna pójdzie pod prysznic, sięgnie po swój płyn, do którego wlał dwie butelki samoopalacza i spoglądając w lustro z wrzaskiem wyleci z wieży. Uśmiechnął się na samą myśl o tym. Co prawda z początku zastanawiał się czy nie zrezygnować, co jak co, ale to lekka przesada, był nawet skłonny wyrzucić płyn do kąpieli i kupić jej nowy… Ale teraz, kiedy jest wściekły za to, że lider nie ma czasu dla ubolewającej Rae, bo zajmuje się cały czas Batgirl… Chyba nie będzie miał wyrzutów sumienia. No i Rae się uśmieje.

   Ułożył śpiącą Rachel w pościelach, okrył puchatym kocem, jeszcze raz ucałował i bijąc się z myślami postanowił jednak zostawić ją samą. Niedługo znów tu zajrzy, teraz musi powiedzieć Victorowi o swoim uczynku.

***

   Zmierzała właśnie ku wyjściu z nadzieją, że znajdzie gdzieś po drodze swojego pupilka. Chyba go troszkę przestraszyła tą kąpielą. Nieświadomie pokręciła głową, ktoś tu musi dbać o jego czystość. Woda to nie kwas, przecież nic mu się nie stanie.

   - Jedwabku… Skarbie, gdzie jesteś? – nawoływała melodyjnym tonem, jednak na nic to się zdało. Zwierzaka ani widać ani słychać.

   Zrezygnowana stanęła na nogach. Przeszukała już całą wieże, nie mógł tak po prostu zniknąć bez śladu!
No przecież! Tamaranka aż podskoczyła, uświadamiając sobie, że ominęła jeden mroczny pokój. Tam na bank znajdzie larwę, pewnie znów schował się pod łóżkiem Raven. Bez namysłu poderwała się do lotu, już miała pomknąć do Azarath’ki, kiedy nagle coś przeskoczyło jej przed oczami. Zamarła w bezruchu. Nikt nie mógł wejść do wieży, są zabezpieczenia, kamery…
Znów coś dostrzegła, minimalny ruch na końcu korytarza, tańczący w oddali cień i szelest. Ktoś schodzi do piwnicy. Powoli leciała w stronę, z której dochodziły owe odgłosy. Czyżby chłopcy znów chcieli ją w coś wkręcić? Powinni dorosnąć, ich żarty są już nudne nawet dla niej.

   - Cyborgu, to nie jest śmieszne. – rozejrzała się, towarzyszyły jej tylko kamery – Bestio, przyjacielu… Ugh, chłopcy, tym razem mnie nie przestraszycie!

   Odpowiedziała jej cisza. A jeśli to nie oni? Może… to Richard.
Pamięcią wróciła do chwil, kiedy już było jasne, że coś do siebie czują. Do tych sekretnych spojrzeń, dotyku. Przygryzła wargę na myśl, o potajemnych spotkaniach w ciemnych zaułkach wieży, gdzie mogli się sobie oddać. Lider nie chciał, by ktokolwiek wiedział o tym, co ich łączy, więc przez długi czas musieli się ukrywać. I podobało jej się to. Podniecała ją odrobina ryzyka, która wkradła się w ich związek, ten dreszczyk, kiedy słyszeli zbliżające się kroki… Czyżby zebrało mu się na tajemne romansowanie? Zachichotała na samą myśl o czekających ją miłosnych uniesieniach.

   Ruszyła szybciej, prowadzona utęsknionym kontaktem cielesnym, aż stanęła przed masywnymi drzwiami prowadzącymi w dół.Pchnęła je raz, drugi, trzeci… I nic. Zmarszczyła brwi. O co tu chodzi? Gdzie jej nadludzka siła? Wtem owładnął nią chłód. Przeraźliwy, srogi chłód, jakiego jej rasa nigdy nie powinna doświadczyć.

***

Trochę krótkie.
Nie podarowałabym sobie, gdybym nie wrzuciła tu jakiegokolwiek rozdziału. Tym bardziej, że siedzę tydzień w domu. Także dziś lenia schowałam do szafy i postarałam się chociaż o taki wpis.

~Rachel

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii FanFiction

 

Rozdział 23.

15 kwi

   Sunęła po krętych schodach. Biała sukienka trzepotała pod wpływem biegu, owijając jej nogi jak flaga maszt podczas zawieruchy. Zeskoczyła z ostatniego stopnia, huk rozniósł się po domku. Jej matka – kruczowłosa drobinka – odwróciła się nagle, weszła przez taras do domu. Westchnęła.

   - Jak ci poszła medytacja? – kobieta zrobiła kilka kroków w stronę córki, ukucnęła przy niej – Wiesz, że musisz poświęcać temu jak najwięcej czasu. To twój jedyny obowiązek.

   - Chcę się uczyć, nie medytować. – bąknęła zakładając ręce na piersi – Mamo…

   - Prosiłam, byś się tak do mnie nie zwracała. – upomniała ją lodowatym tonem, mała przewróciła oczami. Już wiele razy słyszała tę uwagę, wiele razy głowiła się dlaczego ma zwracać się do niej jak do obcej kobiety. Przecież jest dla niej kimś więcej niż opiekunką, jest jej matką i jedyną osobą, z którą tu jakkolwiek rozmawia. Nie była świadoma ile bólu sprowadziła na swą rodzicielkę. Wiedziała tylko, że jeszcze wiele cierpień ześle.

   - A ja prosiłam o więcej książek, Arello. Jak mam zrozumieć mój dar skoro…

   - To przekleństwo! Wmawiają ci, że to coś niesamowitego, istny cud! Jesteś tylko marionetką, ile razy mam ci to powtarzać?! Dorośnij, Rachel.

   Znów to samo. To znowu się powtarza. W kółko i w kółko. Bez końca. Utknęły w błędnym kole.
Ból się wyostrzył, przeszył jej głowę jak rozgrzany sztylet. Oczy zaczęły ją piec pod wpływem nadmiaru słonych łez. Serce zaczęło przyśpieszać, ścigało się z jej nienaturalnie szybkim oddechem. Zacisnęła pięści.

   - Uspokój się. – zrobiła krok wstecz. – Słyszysz, Rachel?! Uspokój się do cholery!

   Uspokój się. Uspokój.
Nie igra się z ogniem. Białe tło już zaczęło pękać trawione przez ogień emocji. Tego nie da się powstrzymać. Jest za późno.
   Uspokój się.
Azarath, Metrion, Zinthos… Azarath…

   Złapała haust powietrza. Łzy otuliły jej gorące policzki.
To tylko sen. Głupi, nic nieznaczący, nadzwyczaj przejrzysty koszmar. To się nigdy nie powtórzy. Nie pozwoli na to. Nigdy.
   Wyplątała się ze splecionych pościeli, zsunęła nogi na ciemny dywanik. Kolejny raz przetarła zaczerwienione oczy powtarzając sobie, że to tylko głupi umysł splótł jej znowu figla. Arelli się nic nie stało, żyje sobie spokojnie na Azarath. Bezpieczna, z dala od zła. Z dala od niej.
   Pociągnęła nosem, spojrzała na zegar wiszący nad drzwiami. Wybiła piąta, Robin już dawno siedzi na dachu z poranną kawą. Może warto z nim o tym porozmawiać? Uspokoi ją, pocieszy… Nie, to beznadziejny pomysł. Zaprzątnie mu głowę bzdurami, a przecież to jego poranne oczyszczenie po poprzednim dniu. Jego katharsis.
   Poza tym, przywódca może teraz upajać się towarzystwem tej rudej karlicy. Prawie zapomniała o ich durnowatym gościu. Panna Roth nie ma w planach nawet pokazania się choćby na chwilę, kiedy w pobliżu będzie Barbara. Drużyna odczuła już napięcie między dziewczynami, ale nijak nie potrafili stwierdzić co powodowało ów niepokój.
   Zniesmaczona zagarnęła ze sobą przypadkowe ubrania i zniknęła za drzwiami łazienki.

***

   Wymknęła się z wieży tuż po porannej toalecie. Z kapturem zasłaniającym pół twarzy ruszyła przez deszczowe ulice Jump City. Zatrzymała się w jej ulubionej kawiarence, gdzie zamówiła duży kubek zielonej herbaty i kawałek ciepłego ciasta. Wbrew pozorom Rachel wolała to przytulne, spokojne miejsce, ukryte z dala od ruchliwych ulic. Dziewczyna była niemal pewna, że Tytani nie mają pojęcia o istnieniu małego lokalu zarządzanego przez starszą kobietę z darem do pieczenia. Na myśl przyszedł jej zielony chłopiec. Musi go tu kiedyś przyprowadzić, na pewno zasmakuje mu szarlotka. Oh, albo przepyszny sernik z kakaowym akcentem… Ale teraz pierwszeństwo ma postawienie go na nogi. Czas poszukać odpowiedniego lekarstwa.

***

  Wróciła do wieży późnym popołudniem, dawno po obiedzie i, jak się później okazało, po akcji w mieście. Lider naskoczył na nią już od progu, twierdząc, że szlaja się nie wiadomo gdzie, a oni bez niej i Beast Boy’a musieli zmierzyć się z małym geniuszem, który starał się skraść jakieś środki chemiczne do eksperymentów. Cóż poradzi, że tym razem ma ważniejsze sprawy na głowie niż jakieś śmieszne kradzieże. I, o zgrozo, ona naprawdę tak myśli. Nieuleczalna choroba robiła coraz większe postępy rzutując na psychice Azarath’ki. Zbyła Richarda mówiąc, że mieli w zastępstwie Barbarę, więc na pewno akcja skończyła się powodzeniem, w końcu – jak to określiła – Barb jest niesamowicie uzdolniona pod względem sprawności fizycznych i pewnie powaliła by samodzielnie nawet takiego bezmózgiego osiłka jak Mamut.

   - Raven, mówię poważnie. – rzekł sztywno krzyżując ręce na piersi.

   - Ja również. Ona jest niesamowita. – fuknęła szyderczo, pochwyciła swoje dwie siateczki i ominęła przyjaciela.

   - Ugh, Raven. Chociaż noś przy sobie komunikator! – krzyknął za nią i kręcąc głową ruszył w stronę sali treningowej, gdzie czekała na niego rozgrzana Batgirl.

  Bez zbędnych ceregieli wtargnęła na terytorium Zmiennokształtnego, postawiła siatki na biurku i usiadła obok niego. Ściągnęła kaptur. Chłopak poprawił się, oparł plecami o ścianę i spojrzał kruczowłosej prosto w oczy. Przez chwilę toczyli wojnę na spojrzenia.

   - Płakałaś. – uśmiechnęła się nieznacznie – Masz zaczerwienione oczy. Płakałaś, Rae.

   - Przyniosłam ci coś na osłodę, no i oczywiście lekarstwo. – wstała energicznie, sięgając od razu do jednorazówek – Widzę, że czujesz się lepiej, ale nadal masz zadarty głos… Zaraz coś z tym zrobię.

   - Nie zmieniaj tematu. Przecież nie jestem ślepy. Star mówiła, że nie było cię na misji, w ogóle cały dzień cię nie było. Co się stało? Gdzie byłaś? I czy to wszystko…

   - Boże, Garfield. Byłam po lek, to wszystko.

   - W skrzydle są całe szafki lekarstw. A ty doskonale wiesz, że nie tknę żadnych pigułek.

   - Dlatego mnie nie było, załatwiłam coś innego. – spojrzał na nią z ukosa, roześmiała się. Wyciągnęła dwa duże kawałki placka z owocami leśnymi. – Zrobię do tego herbatę, ale najpierw kuracja.

   - Powiesz mi co się stało? Czy mam nękać cię do upadłego? – naciskał, przy czym jego głos zamieniał się w skrzekot. Usiadła z ciężką reklamówką. Spojrzała na niego z niemal niezauważalnym uśmiechem, rozbawiona jego niedoszłą reakcją. Wyjęła pokaźną żabę. – O Boże! O Boże! W czym ty ją nosiłaś?! – piszczał jak oszalały. – W tej plastikowej siatce?! Jak… Rae!

   - A w czym się nosi żaby? – zachichotała – Przecież była w klatce. Poza tym… Jakaś dziwna jest, no nie? Chyba powinna się odezwać, a tu nic. Mam nadzieje, że jest zdrowa.

   - Jeny, Rae. – wyrwał stworzonko z rąk dziewczyny – Pewnie jest przestraszona! Żaby też mają uczucia! – spojrzała na niego krzywo, miała nadzieje, że nie zaniesie się płaczem. W końcu to tylko zwykła żaba, jedna z wielu. – To mógłbym być ja!

   - Już nie pajacuj. Daj mi ją, jest potrzebna do uzdrowienia.

   - A w życiu! Co ty chcesz z nią zrobić?! Moja mała biedna żabcia… – przewróciła oczami. Co za cyrk, nie tak to planowała. Myślała, że pójdzie gładko, a tu taka niespodzianka.

   - Od wieków żaby są potrzebne do czarów! Nie wygłupiaj się, daj mi ją.

   - A więc chciałaś ją zabić! – wykrzyczał – I to na moich oczach! Chyba zaraz zemdleje.

   - Może i chciałam. – westchnęła znudzona – Tak się robi, okej? Przyzwyczaj się.

   - Do zabijania nigdy się nie przyzwyczaję. To złe.

   - A więc zmień towarzystwo, bo ja zabijam. – odparła – A ta głupia żaba równie dobrze mogłaby zostać rozjechana.

   - Nie. – pokręcił głową – Ty jesteś inna, zagubiona. I niewinna, przede wszystkim. – uniosła brwi do góry. Niewinna? Ona? Morderczyni? Ta, która zsyła nieszczęścia? To niemożliwe. W oczach zebrały jej się krople łez. – Hej, Rae… – chwycił ją za zimną dłoń – Jesteś ta dobra. Tak było od samego początku. No nie płacz, no. Rachel… Oh, już wiem! Znasz tą bajkę o księciu zamienionym w żabę? – wyszczerzył się – No, na pewno słyszałaś choćby wzmiankę. Został na niego rzucony urok albo coś… Nie pamiętam jak to było, ale mógł stać się znów przystojnym księciem tylko za sprawą pocałunku prawdziwej miłości. – brwi zostały wprawione w ruch – Ja jestem przystojny… I mogę być twoim księciem.

   - Przestań. – łzy zniknęły, udało mu się powstrzymać kolejny słony deszcz.

   - Całuj żabcie! – krzyknął i nim zdążyła cokolwiek powiedzieć przed nią skrzeczały dwie zielone żaby.

   Co za chora paranoja. Rechot nasilał się z każdą chwilą. Ma całować jakąś oślizłą ropuchę? Nawet jeśli to jest on… Fuj. No i co z jej leczeniem? Miała przenieść jego problemy z gardłem na skrzeczące stworzenie. Co z tego, że zostałby po żabce tylko trup? Byłby zdrowy. A teraz? Ten debil chyba sobie z niej kpi.

   - Garfield, proszę cię… Nie mam sił na twoje głupie zabawy. – odpowiedział jej tylko rechot.

   Całować czy nie?
Nie wie. A jeśli trafi jej się to obrzydliwe stworzenie a nie on? Poza tym nie każda żabka jest taka niewinna, może się zatruć. Skąd ma wiedzieć jakie skutki przyniesie jej kontakt z tą piekielną żabą? Ugh.

  Spojrzała na skaczące po łóżku stworzenia. I w co ona się wpakowała?
  Uniosła jedno z nich. Na chybił trafił, zdążyły ze sobą tak zatańczyć, że nie jest w stanie określić która z nich jest właściwa. Przyjrzała się podejrzliwie. Powoli zbliżała ją do ust, zacisnęła oczy. Serce waliło jak oszalałe, no i ten odruch wymiotny. W pewnym momencie myślała, że nie da rady, pochyli się i puści pawia na dywanik z niezidentyfikowaną plamą. A niech sobie jest tą głupią żabą do usranej śmierci.

   Zrobiła to. Pocałowała śliskie zwierzątko. I… I nic. Upuściła ohydztwo na podłogę.

   - Ugh! Garfield! – rozdarła się na całe gardło. – Ty kretynie! – zagotowało się w niej, normalnie widziała tą jego rozbawioną gębę! Zaraz go rozszarpie! Wtem stanął przed nią, momentalnie ciśnienie jej spadło by znów się podnieść. – Jak mogłeś mnie tak wystraszyć!

   - Przepraszam, niunia. – zaśmiał się – To było przekomiczne! Szkoda, że Cyborg tego nie widział. Uśmiałby się. – spojrzała na niego piorunująco, zamilkł.

   - Siadaj. – rozkazała, a on posłusznie wykonał polecenie – Powinnam cię teraz olać. Nawpychać ci na siłę tabletek i doprawić to zastrzykami! – uniosła się. Za ostro, wiedziała o tym. Zrobiła kilka głośnych wdechów, usiadła obok niego. – Wyleczę cię bez pomocy tego płaza czy co to tam jest. – zbliżyła się do niego, on znów wystraszony jej poczynaniami uskoczył w bok. – Nie zachowuj się jak dziecko. – mruknęła podminowana, przywarła go do ściany wbijając się w jego usta. Skupiła się na pozbawieniu go wszelkich boleści. Odkaszlnęła po chwili, przeniosła wszystko na siebie, jej organizm da sobie radę z taką błahostką jak ból gardła. W końcu jest… obdarowana nadludzkimi zdolnościami.

***

   Zdążyła uniknąć uderzenia nadciągającej pięści. Oparła się zdyszana o zimną ścianę. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała miarowo. Spojrzała na swój biust podkreślony wyciętą bluzką. Czy zwrócił uwagę na jej figurę? Specjalnie ubiera się tak, by podkreślić swoje kształty. Odgarnęła rude loki na bok.

   - Koniec na dziś? – zagadnął. Przeciągnął się podchodząc do niej. – Chyba jeszcze mi mało.

   - Mnie też, to tylko krótka przerwa. Wiesz, że miałam małe wakacje i nie trenowałam.

   - Jak na taką przerwę dobrze ci idzie.

   - Nie gadaj. – zaśmiała się zalotnie, położyła dłoń na jego spokojną klatkę piersiową. Czyżby w ogóle się nie zmęczył? Pchnęła go w tył. – Zaraz cię skopie. – Zaśmiał się unosząc dłonie ku górze.

   - Umm… Nie przeszkadzam? – zapytała kosmitka wchodząc do sali.

   - Jasne, że nie. – odparł natychmiastowo – Coś się stało?

   Barbara zauważyła jego nagłe ożywienie. Stała oparta sztywno o ścianę i ze zwieszoną głową wpatrywała się w swoje pomarańczowe buty. Olał ją. Pomimo ich wspólnie spędzonych lat, mimo tego co ich łączyło… Woli kogoś, kogo zna zaledwie kilka lat. Co za absurd. Nie przyjeżdżała tu po to, żeby patrzeć jak jakaś obca dziewucha się do niego klei. Odnalazła go by odzyskać utraconą miłość, ożywić w nim płomienne uczucie.

   - Barb? – dotknął jej ramienia, dopiero wtedy wyrwała się z natłoku myśli.

   - Hm? – spojrzała na jego usta, które kreśliły jakieś niezrozumiałe słowa. Chciałaby przywrzeć do nich, jak kiedyś. Ten jeden raz, powtórzyć to. Tym razem nie dla zabawy.

   Po chwili Richard opuścił salę w towarzystwie latającej istoty. Została sama. Mówił coś o jakimś filmie… Albo programie telewizyjnym. Obiecał, że to dokończą. Jasne. Głupia, nic nieznacząca Barb znów na drugim planie. Brakuje tylko, żeby ten chodzący kościotrup znowu wpieprzał się w jej plan. Pokręciła głową. W tej wieży jest o wiele za dużo kobiet.

***

   Mieli się spotkać w ustronnym miejscu na kamienistej plaży ich wyspy. Siedziała na kocu w kratę, obok leżały dwa kubki termiczne z herbatą. Słyszała jego kroki, zachwiał się potykając o jakiś kamyk prawie upadając. Uśmiechnęła się.

   - Pozbyłeś się tej głupiej ropuchy?

   - Zapewniłem jej odpowiedni dom. I przyniosłem dodatkowy koc, jest zimno.

   - To ty uparłeś się na zachód słońca.

   - Tak jest romantycznie, a my będziemy bardzo blisko siebie by utrzymać ciepło. – uśmiechnął się sprośnie – Mi to bardzo odpowiada. A tobie? – w odpowiedzi bąknęła coś niezrozumiałego, zaśmiał się – Uznam to za tak. Chodź tu, niunia. – zagarnął ją w swoje objęcia okrywając szczelnie puchatym kocem. Wtuliła się w niego, już wcześniej zauważył, że potrzeba jej bliskości. Szczególnie dziś. Chociażby zwykłego uścisku dłoni. Złożył długi pocałunek na czubku jej głowy. – Opowiesz mi co się dziś wydarzyło? – zaczął niepewnie, w końcu stąpa po cienkim lodzie, jak to zawsze bywa z Rae. Dziewczyna westchnęła.

   - Miałam zły sen… – podjęła się opowieści.

***

Po zdecydowanie za długiej przerwie wróciłam z tym… czymś.
Olejcie niedociągnięcia.

Życzę Wam spokojnych Świąt Wielkanocnych.
~Rachel.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii FanFiction